środa, 7 stycznia 2026

Prawdziwa bajka o hołdzie trzech króli

 

Prawdziwa scena z wizyty trzech króli u Heroda - zdjęcie Jurek Szmalhofer 

 

Gdzieś tam, daleko od Izraela, na nędznych pozostałościach wielkiej świetności Babilonu i Ur Haldejskiego, nadal tliło się życie. I to zwyczajne, i to duchowe, a nawet to umysłowe.

Sam Babilon był już tylko cieniem swojej dawnej świetności i potęgi. Zburzone przed setkami lat ziguratty, rozsypujące się mury, piasek zasypujący pozostałości po wiszących ogrodach, i jego mieszkańcy, w których nic nie pozostało z dawnej pychy, jaką widzieli w nich przesiedleni tam sześćset lat wcześniej mieszkańcy Jerozolimy w liczbie niecałych pięciu tysięcy.

 

Tak. Pycha, bałwochwalstwo, zepsucie, prześladowanie sprawiedliwych, niewierność Bogu – te cechy Babilończyków wryły się w pamięć Izraela.

Mimo tego antycznego dziadostwa, którym były pozostałości dawnej świetności, trwał Wielki Babilon w kulturze i religii Izraela przez kolejne pół tysiąca lat, zapisany w świętych księgach i powtarzany w słowach, które były ostrzeżeniami  przed złem, upadkiem, zepsuciem, pogaństwem i niewiarą w Boga Jedynego.

 

A potem narodził się Jezus.

 

Trzej magowie, nieliczni już spośród tysięcy jakich kiedyś wydała Babilonia, spotkali się na miejscowym bazarze, będącym, jak wszystko w okolicy, jedynie marną reminiscencją bazarów z okresu świetności miasta.

Ale nawet magowie muszą jeść w chwilach gdy nie badają nieba, nie zajmują się astrologią i przepowiadaniem przyszłości.

Ci trzej akurat spotkali się zupełnie przypadkiem, co nie było dziwne, gdy się wiedziało, że uważali Przypadek za jednego z bogów rządzących światem.

Jeden przyszedł kupić trochę zieleniny, podpłomyki i trochę mięsa. Drugi podobnie. A trzeci, przypadkiem, dokładnie tak samo. Przekazy ni mówią tylko, czy kupowali te same ilości każdego produktu, nie jest to jednak istotne dla naszej opowieści.

 

Magowie znali się dobrze, choć widywali bardzo rzadko. Zamknięci w swoich wieżach astronomicznych nie spali nocami, a za to dużo spali w dzień.

Jednak ostatnia noc była inna od innych. Każdy z nich, a pewnie i każdy z nielicznych już mieszkańców Babilonu, mógł zobaczyć na niebie, jeśli nie zasnął, niewidziane nigdy zjawisko. Niedługo po północy na zachodniej części nieba pojawiła się wielka gwiazda. Nie dość, że była wielka, to jeszcze zachowywała się dziwnie. Dało się zauważyć, że wykonuje wirowy, spiralny ruch wokół jakiegoś środka ciężkości. Co więcej, wydawało się, że pochłania inne gwiazdy, znajdujące się w jej pobliżu, a te, których nie pochłonęła, tracą swój blask, jakby się wstydziły świecić zbyt jasno w jej obecności.

Zauważyli także, że z nieba zaczęły spadać jakieś dziwne płatki, jakby śnieg, który nigdy w Babilonie nie padał, albo płatki kwiatów, które kiedyś rosły w wiszących ogrodach, których także nie było od dawna.

Na dodatek widzieli, że ich skóra ich dłoni zmieniała kolor. Raz była żółta, raz fioletowa, a jeszcze zielona.

 

Wszyscy trzej magowie zarejestrowali to przedziwne zjawisko i nie mogli w dzień usnąć. Stąd ich obecność na bazarze. A jak już się spotkali, to każdy wyczuł okazję do przedyskutowania przyczyn i konsekwencji zaobserwowanej anomalii.

 

No i jak tam, szanowni królowie minęła wam noc? -  zapytał jeden z magów imieniem Melchior, który słowa król użył nie przez pomyłkę, jako że tak do siebie mówili, gdy byli we własnym gronie. W końcu byli panami wiedzy wszelakiej, takiej, jakiej nie mieli nawet królowie ziemscy, więc to określenie należało im się, jak psu kość.

 

No, coś się stało wielkiego – odpowiedział ostrożnie drugi mag, którego nazwiemy na potrzeby tej bajki królem Kacprem.

Rzeczywiście, coś przekraczającego wyobraźnię. Jak żyję, nic takiego nie widziałem – skwitował mag trzeci, czyli król Baltazar.

 

Musimy to przebadać. Nie można sprawy zostawić samej sobie – odrzekł Melchior. Myślę, ze obaj zgodzicie się z jednym: musiał się narodzić ktoś bardzo ważny. Wszystko wskazuje, że to w Rzymie.

A mnie się wydaje, że coś bliżej – rzekł Kacper. Jakby w Rzymie, toby gwiazda była nad samym zachodnim horyzontem. A była wysoko, jakby wskazywała na Liban albo Izrael.

 Ustalmy tak – odezwał się Baltazar. Niech każdy idzie do siebie przeszukać stare księgi i jak coś znajdziemy, to pasuje się nam wybrać do tego kogoś z hołdem. Widzicie wokół to dziadostwo, te ruiny cywilizacji. Tu dalej żyć się nie da. Może tam przygarnie nas jakiś nowy władca?

Ale żeby, to musimy mu zanieść jakieś dary – odezwał się Kacper. Z pustymi rękami nie pójdziemy.

 

Ja mam trochę złotych dukatów – odezwał się Melchior. Zostały po moich przodkach, jak handlowali z Żydami w Babilonie, więc je wezmę.

A ja bym pojechał z mirrą. Mam ją po mojej świętej pamięci matce położnej, Panie świeć nad jej duszą.

No to ja zabiorę kadzidło – rzekła Kasper. Moja rodzina ma plantację kadzidłowców Boswellia Serrata. Wybiorę się tam jutro, odgonię węże fruwające, srogie, które pilnują plantacji i nazbieram koszyczek żywicy. A cynamon, goździk,, lawendę jaśmin, palo santo i inne zioła dokupię tu na bazarze.

 

No to wiemy, co robić – radośnie wykrzyknął Baltazar. Tylko skąd weźmiemy wielbłądy? Tu zafrasowali się w trójkę. Wielbłąd to środek transportu drogi, a ich stać było co najwyżej na osły. Ale królowie na osłach? Nie wypada.

 

Przeszukajmy stare księgi, a wielbłądy zostawmy opatrzności – skwitował Kacper.

Jak powiedzieli, tak zrobili

 

Spotkali się po czterech dniach. Każdy wiedział po trochu, ale najwięcej Kacper. Znalazł mianowicie stare żydowskie papirusy, na których spisywali swoje święte księgi, może i Torę, jak siedzieli na delegacji w Babilonie, i tam znalazł przepowiednię, że ma się narodzić król żydowski niedaleko Jerozolimy. Ówczesny żydowski prorok Baalam napisał przed laty: Wschodzi gwiazda z Jakuba z Izraela podnosi  się berło

 

No to jedziemy do Izrala, panowie – rzekł wyłuszczywszy im całą sprawę.

O, wielbłądy także mamy – Kacper wskazał na trzy zwierzęta, przywiązane koło jego pracowni. To zapewne Bóg Przypadek je tu dla nas przywiódł.

Zabrali każdy po jednym pieszym służącym, na osły zapakowali bagaże i ruszyli.

 

Jechali, i jechali, i jechali i jechali, a ich służba szła, i szła, i szła. Nie będziemy tu omawiali wszystkich przygód, jakie ich po drodze spotkały, a były to przygody i niebezpieczne – wszak zbójców na drogach było mnóstwo, i śmieszne, i straszne, jako że za nimi pociągnęły wszystkie strachy i zmory Babilonu, którym dopiero Jordan zagrodził drogę i musiały zawrócić.

 

Jak tak jechali i szli, to nawet czasu nie liczyli dokładnie, ale jechali prawie rok, a szli też prawie rok cały, ale tym co szli, wydawało się, ze już minęły dwa lata. Wyruszyli cztery dni po gwieździe, minęła zima, wiosna, straszliwie gorące lato, jesień i znowu nastała zima, a oni wciąż jechali. Służbie, która szła, musieli kupić trzecią par butów, i po  nowym turbanie, bo stare spaliło słońce pustyni.

 

Jak dojechali do Jerozolimy, był początek zimy. Zimno było jak… nie wiem co. Nawet sadzawka Siloe zamarzła i pobożni Żydzi nie mieli gdzie robić swoich rytualnych kąpieli, więc wszyscy zgromadzili się przy wielkim murze ściany zachodniej Świątyni i lamentowali do Boga, prosząc o niezmienianie klimatu, który, jak dotychczas, był łagodny i przyjemny.

No i co z tego, że z Góry Oliwnej dzieci zjeżdżały na sankach, jak powinny siedzieć w chederach i uczyć się na pamięć świętych wersetów.

 

Wjechali do miasta przez Bramę Gnojną i natychmiast wszyscy zaczęli płakać. Służba także. To po to, że nie chcieli się wyróżniać z tłumu płaczących Żydów. Jak już otarli łzy, zapytali przygodnych pielgrzymów «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę2 na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon».

 

Mędrcy czy też magowie nie byli dyplomatami i nie przyszło im do głowy sprawdzić wcześniej, jak wygląda sytuacja społeczno polityczna w państwie Heroda.

Na szczęście. Bo jakby się zapytali, to by do Jerozolimy nie przyjechali, a może wcale nigdzie by nie wyruszyli.

Nie wiedzieli biedacy, że Herod wszystkich pretendentów do tronu skracał o głowę. Tak uczynił ze swoimi kilkoma synami, tak zrobił z jedną z licznych żon, a swoją matkę to nawet zagłodził na śmierć.

A tak w swojej niewiedzy pytali przygodnych jerozolimczyków o następcę miłościwie (albo i nie) panującego im Heroda.

Tajne służby króla, które czuwały  dzień i noc, doniosły Herodowi o tych dziwakach, którzy przybyli ze świata i chcą oddać pokłon następcy Jaśnie Pa….. Nie skończył, bo ucięto mu głowę.

Herod przeraził się po tej wieści wraz z całą Jerozolimą, co by to nie miało znaczyć,  i zawezwał do siebie wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Skubany, przeczuł, że chodzi o Mesjasza, a nie żadnego króla, ale to tylko zwiększyło jego trwogę.

 

Pytani przez Heroda arcykapłani, po krótkiej naradzie,  odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok:

A ty, Betlejem, ziemio Judy,
nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy,
albowiem z ciebie wyjdzie władca,
który będzie pasterzem ludu mego, Izraela»

Boże moich przodków, jęknął Herod, kiedy to usłyszał, nie pozwolę na to.


Jak już wszyscy wyszli i został sam, zawezwał kolejnego tajniaka i rzekł mu: Przywołaj mi tu mędrców, ale tak, by nikt nie wiedział.

 

Jako że należał do elity intelektualnej – pomimo swoich morderstw – przywitał ich na wzór Nerona poezją:

 

Witajcie mi, królowie, mędrcy nauk wschodu.

Dla jakiej to idei tyle aż zachodu

Z waszej strony, poświęceń w drodze po pustyni?

A te dary to dla mnie? Nikt przecież nie czyni

 

Takich wypraw dla sprawy błahej. Więc wy po co

Jak za gwiazdą jedziecie tutaj dniem i nocą?

 

Niezrażeni królowie, także elita intelektualna, choć z podupadłego kraju, odpowiedzieli równie pięknie

 

Król Melchior

Wybacz królu, lecz dary nie tobie wieziemy

Z nimi do króla Niebios z gwiazdą wędrujemy.

 

Król Kacper

Jak mówią święte księgi, Pan Nieba i Ziemi

Ma się tutaj narodzić, pomiędzy swojemi,

By swe władztwo rozciągnąć już po wszystkie lata

Na ludzi, których kocha, z calutkiego świata.

 

Król Baltazar

Wpadliśmy tu do ciebie, by o drogę spytać.

A może razem z nami, chcesz go, królu, witać?

Że on większy od ciebie, nie warto się zżymać,

A czasy są niepewne i z nim warto trzymać.

 

Herod z pełną dostojeństwa powagą odpowiedział:

 

Herod

Dziękuję Wam, o Mędrcy, sam mu dary złożę.

Że on większy ode mnie, wcale się nie srożę.

Ja swoją małość przecież widzę doskonale.

Jedźcie więc.

 

Na boku:

Ja zadziałem tak jak w kryminale.

 

Ale przechodząc do sprawy, o której, choć nie zawsze jest prozaiczna, lepiej mówić prozą, zapytam: to kiedy ukazała się wam ta gwiazda. Ano będzie już rok temu – odparł Kacper. Aha – zadumał się Herod. Szkoda, że tak zwlekaliście. Sprawa prawie się przedawniła. Ale dam radę.

 

Na koniec audiencji powiem tak: «Udajcie się do Betlejem, bo tam ma się narodzić i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon».

 

Królowie, wysłuchawszy króla, ruszyli niezwłocznie w drogę. Gdzieś na zboczu góry, spotkali pasterzy, który, oszołomieni wizją nowego świata, który na nich czeka, od roku nic nie robili, tylko czekali. A nawet pomyśleli,  czy by nie zubożyć ciut bogatych wędrowców, idących mimo. Ale nie zubożyli

 

Niespodzianie  gwiazda, której nie widzieli od Babilonu, pojawiła się przed nimi i słowami Anioła rzekła:

Mędrcy świata, Monarchowie! Gdzie spiesznie dążycie!

Powiedzcież nam trzej królowie, chcecie wiedzieć Dziecię?

Ono w żłobie, nie ma tronu, i berła nie dzierży.

A proroctwo Jego zgonu już się w świecie szerzy.

Mędrcy świata, złość okrutna Dziecię prześladuje.

Wieść to smutna, wieść okrutna, Herod spisek knuje.

Nic monarchów nie odstrasza. Do Betlejem śpieszą.

Gwiazda Zbawcę im ogłasza, Nadzieją się cieszą.

 

I ta gwiazda szła przed nimi i zatrzymała się przed domem w Betlejem. To tu? Zapytali chórem zdumieni Mędrcy. Miało być w Żłobie. Było, ale rok temu. To wasza wina, że tak się guzdraliście. Teraz mieszka w domu.

Weszli do wskazanego im domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę.

 

Król Melchior zwracając się do Maryi, rzekł:

O Pani, któraś dzisiaj porodziła syna

I w swojej służebności tulisz Boże dziecię,

Wiedz, że nikt ponad Ciebie! Że nikt na tym świecie

Nie będzie bliżej Boga. Tyś jemu jedyna.

 

Dzisiaj pokłony składam twojemu synowi

Bo on królem nad króle. Tron weźmie Dawida

By panować na wieki. I nie jest to zwida,

Że chce drogę do Boga wytyczyć ludowi.

 

Przyjmij złoto dla Syna. Choć nie złoto czyni

Królem, to splendor daje mu w oczach narodu.

I kup chleba, by przy nim nikt nie cierpiał głodu,

Zanim chleb swój rozmnoży.

 

Król Baltazarzaś powiedział:

Ja ci mirrę przywożę, która daje zdrowie

Do życia, więc żyj długo, byś spełnił posłanie,

A gdy w ostatnią drogę dadzą przykazanie

Iść, to niech aniołowie przyniosą ją tobie.

 

Król Kacper nieco odleciał wraz kadzidłem, które ofiarował:

A ja kadzidło niosę. Z drzew Boswellia serata,

Których węże pilnują fruwające, wrogie.

Bo ono jest dla bogów. A tyś przecież Bogiem.

Pomoże w medytacji nad losami świata.

 

Niech ono cię unosi ponad ziemskie sprawy,

I niech umysł twój czyni jasnym i widzącym,

Abyś umiał zrozumieć cierpienia dręczące

Ludzi i mógł je sądzić mądrze i łaskawie.

 

Maryja im odpowiedziała

Z serca wam dziękujemy szlachetni królowie.

O waszym poświęceniu cały świat się dowie.

 

Potem długo trwały serdeczne rozmowy, królowie opowiadali o drodze, którą przebyli, Maryja mówiła o Nazarecie i Duchu świętym, nawet mały, roczny Jezusek, próbował o czymś im powiedzieć, ale jeszcze nie mówił zbyt dobrze, więc tylko się uśmiechał i im błogosławił.

Tylko Józef przez całą audiencję nie odezwał się ani słowem, bo taki był milczek.

 

Gdy już wszyscy mieli dosyć gadania, Królowie oddali na pożegnanie  hołd Jezusowi.

 

Król Melchior

O Panie, władco przyszły świata widzialnego,

I niebios, i duchowych ostępów wiecznego:

Tobie hołd oddajemy, twej boskiej wielkości

A imię twe na ziemi nich na zawsze gości.

 

Król Kacper

Niech ci pokłon oddają mędrcy i pasterze,

Z imieniem twym na ustach niech każdy trwa w wierze,

Że mądrość jest dla wszystkich, i miłość, i wiara,

I nadzieja.

 

Tu wtrącił się Anioł,

Lecz głupim nagrodą jest kara.

 

Król Baltazar

Teraz już odjeżdżamy w Arabii pustynie

By głosić twoje imię, które nie zaginie

W piaskach i ludzkich duszach dopóki ci ludzie

Niebiosa będą wznosić tu na ziemi, w trudzie.

 

Król Kacper

A jak zwiędną twe prawa, bo w dusze nie wrosły,

Przyjdą tu ludzie wściekli jak pustynne osły,

I resztkę praw, zieleni uschniętej, zwiędniętej,

Rozdepczą i skalają w ziemi już nie świętej.

 

No i koniec. Wizyta skończona. Fakt faktem, nie od razu odjechali w Arabii pustynie, lecz poszli spać do gospody. Tam otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny.

Prawdopodobnie jechali przez  ziemię Lechitów, gdzie na zawsze została o nich pamięć i gdzie co roku na ulice miast i wsi wychodzą barwne orszaki Trzech Króli, w których mało kto tak naprawdę zna Prawdę.

I po to jest ta bajka.

 

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz