Bogobojna ludność Domlandii wyznawała tę samą religię co jej władca, król Ambroży, bo w tych czasach inaczej nie można było. Postanowiono bowiem, gdzieś tam, że czyj kraj, tego religia. A ponieważ królewska rodzina od wieków była katolicka, to i poddani musieli być katoliccy. Niewiele to dla nich znaczyło, jako że mało kto umiał czytać, a i świętych ksiąg było jak na lekarstwo, czyli dwie: jedna u księdza, druga u króla. Na dodatek pilnowano ich jak źrenicy Oka Boga, więc nikt ich z pospólstwa nawet nie oglądał, choćby z oddali.
Jednak każdy czuł, ze Oko Boga widzi wszystko i w każdej mysiej dziurze, a to czucie co niedziela wzmacniał ksiądz proboszcz w głośnych kazaniach, nacechowanych groźbami pod adresem grzeszników, czyli najbardziej tych, którzy ociągali się z płatnościami na rzecz plebanii.
Domlandczycy mieli ciężkie życie. Niedojadali, niedosypiali, nie domywali się (to znaczy myli się, ale raz w roku), nie buntowali, ale za to przepijali co dostali i płodzili dużo dzieci na chwałę pana jednego i drugiego, bo od tego zależała pomyślność dworu i kościoła.
I chociaż ich życie było takie ciężkie, że nam dzisiejszym to by się wcale nie chciało w takim życiu brać udziału, to oni bardzo chcieli żyć. I robili wszystko, by żyć i przeżyć. A ksiądz o tym dobrze wiedział. Nie wiadomo tylko czy dlatego, czy jednak mimo tego, co jakiś czas straszył swoje owieczki „apokalipsą i nadejściem Antychrysta”.
To trzywyrazowe coś miało być tak straszne, że za każdym razem jak ksiądz ich straszył, że już za chwilę, już za momencik, bo wciąż grzeszą i się nie poprawiają, nadejdzie to coś straszne, najstraszniejsze, to oni prawie umierali ze strachu, ale potem, wbrew wszystkiemu, jeszcze bardziej chcieli żyć w tym swoim dziadostwie.
A najstraszniejszym miał być Antychryst z rogami, który każdego po kolei grzesznika na te rogi nabije i w ogień wieczny wrzuci.
I tam się będą w smole smażyć na wieki wieków amen
Słysząc to biedne chłopy i biedne baby stawały się jeszcze biedniejsze, bo zastraszone prawie na śmierć. A i tak chęć życia w nich zwyciężała.
No i tak to trwało, i trwało, straszyło i straszyło, a potworny Antychryst jak nie przychodził, tak nie przychodził. Z pokolenia na pokolenie nie przychodził. A tych pokoleń było ogromnie dużo, bo były krótsze niż dzisiaj.
I jak on tak nie przychodził chyba przez tysiąc pokoleń, to ludzie przestali wierzyć, że on przyjdzie kiedykolwiek. Ba, zaczynali wątpić, czy on tak naprawdę istnieje.
Oczywiście w diabły i anioły każdy wierzył, bo one jak kury w każdy kąt gospodarstwa właziły i ich działanie każdy na co dzień widział. Lepsze lub gorsze, ale kto by się nad tym zastanawiał. Tak zawsze było, to musi tak być. A było tych aniołów i diabłów na kopy. Ale takie swoje były.
Ale jakiś Antychryst!? Jeden na wszystkich?! No może nie jeden, bo z tą Apokalipsą.
Ale i tak nie za bardzo wierzyli. To znaczy, coraz mniej wierzyli.
I ksiądz proboszcz zaczął mieć problem z tą niewiarą.
Coś trzeba było zrobić, bo nie wypadało, żeby się ludzie nie bali. Jak się przestaną bać Antychrysta, to tym łatwiej będzie im się przestać bać proboszcza, biskupa, a nawet samego Najjaśniejszego króla Ambrożego.
Nie może tak być.
Więc ksiądz proboszcz w te pędy zaw wybrał się na audiencję do króla, żeby ten coś poradził. A że sam nie był zbyt biegły w iłościach Księgi, jako że i czytał nie za bardzo, i na co dzień wolał się zajmować finansami, poprosił o pomoc znanego w środowisku ludzi wierzących znawcę Księgi i wszelakich objawień, księdza doktora Roberto Violinistę nazywanego także Sacrae Theologiae Professor. On umiał wyjaśnić każde zjawisko nadprzyrodzone, a każde związane z nim objawienie miał w małym paluszku. Bo objawienia, a szczególnie związane z nimi cuda, były jeszcze jedynym, ostatnim elementem konsolidacji ludu wierzącego. Z naciskiem na słowo „ludu”.
Król akurat był po roku wprowadzania reform, które miały uczynić państwo nowoczesnym i po drugim roku, w którym te reformy odkręcał, bo tak się tą nowoczesnością zadławił, że groziło to (zadławienie) paraliżem zarówno króla jako Urzędu, jak i samej Domlandii.
Słucham was przedstawiciele niebios - zagaił dostojnie Król Ambroży, kiedy obaj, po złożeniu hołdów, pocałowali jego królewską dłoń. Akurat ksiądz profesor dziwnie zakaszlał, jakby połknął królewski pierścień, ale mu zaraz przeszło i wyprostował się godnie.
Cóż to was, ludzi świętych (tu lekko się uśmiechnął), sprowadza w moje cywilne, grzeszne progi – zapytał Król Ambroży. Czyżbyście przyszli zawrzeć sojusz tronu z ołtarzem? Przecież to zawsze wam szkodzi. Nie wiecie o tym?
Wiemy, wiemy dobrze – zaczął proboszcz, ale teraz nie mamy innego wyjścia, jak prosić o pomoc. A to niby z jakiej przyczyny – zapytał zdziwiony Król, który, jak do tej pory, też wychodził na tych sojuszach jak Zabłocki na mydle.
Ano z takiej, Najjaśniejszy Panie, że ludzie coraz mniej się boją. Grzechu się nie boją, kary się nie boją, nawet śmierci się nie za bardzo boją. Ba, nawet przestali się bać przyjścia Antychrysta, którym ich straszę, a to bardzo źle rokuje – wypalił proboszcz. Może więc jakąś wojnę by zacząć, albo coś podpalić? – kontynuował niezrażony coraz bardziej ponurą miną Króla Ambrożego. Wiadomo, że na wojnie to wszyscy się boją i nawet niedowiarki zaczynają wierzyć.
Co to, to nie – wypalił zezłoszczony do spodu Król. Radźcie sobie sami z Antychrystami.
I tu do dyskusji włączył się ksiądz profesor.
Najjaśniejszy Panie – powiedział łagodnie. Może jednak warto przemyśleć sprawę. Niech Najjaśniejszy spojrzy przez granicę, na sąsiedni Disnejland, odwiecznego sąsiada Domlandii. Stamtąd zacznie się niedługo nowe, które niebawem rozszerzy się na cały świat, a więc i królestwu waszej Wysokości nie ujdzie na sucho.
Na słowo Disnejland Król lekko się skurczył, pomny złych doświadczeń z jego królem Domnalldem Pierwszym, zwanym Piegusem. Ale za chwilę wyprowadził na twarz dyplomatyczny uśmiech.
A cóż to niby ma się dziać w tym Disnejlendzie, naszym – jak mówicie - od wieków sąsiedzie? – zapytał. Jak tak patrzę poza słupy graniczne, to tylko narastający chaos tam widzę i bardak, większy z dnia na dzień. Owoce nowoczesności, psia ich mać. Lewactwo i nieróbstwo – podsumował.
Ale ta nowoczesność Disnejlandu zaowocowała w nim demokracją, najjaśniejszy panie – powiedział ni to z obrzydzeniem, ni to z dumą, ksiądz profesor. A po abdykacji ze względu na wiek, bo gadał od rzeczy, ostatniego króla Disnejlendu, Domnallda Pierwszego, zwanego Piegusem, tak nielubianego przez Waszą Wysokość, rozpisano wybory na przywódcę państwa.
No i co z tego – wzruszył ramionami Król Ambroży. Co to wszystko ma i do mnie, i do tego Antychrysta, którym chcecie straszyć moich poddanych?
Wiele ma, Najjśniejszy Panie. Wiele. Zaraz to wyłuszczę – rzekł ksiądz profesor.
Lat temu pięćdziesiąt, jak byłem na wygnaniu w Rzymie, spotkałem zakonnika z Disnejlandu, wielce świętego człowieka, który mi powiedział, że jak upłynie pół wieku, to w Disnejlandzie zacznie panować nowy, wielki władca. Będzie on przysłanym z niebios katechonem, który pokona Antychrysta. Aby udowodnić przyszłym pokoleniom, że on to wiedział i przepowiedział, wyrył i wypalił nazwisko tego przyszłego władcy na jednej z cegieł, którymi zamurowano święte drzwi. Jak minęło pół wieku i te drzwi ponownie otwierano, a robiono to w mojej obecności, znalazłem tę cegłę z wypalonym nazwiskiem władcy sąsiedniej krainy.
No i jakie to nazwisko? – zapytał król Ambroży.
Nie mogę, najjaśniejszy Panie zdradzić tej tajemnicy przed wyborami, bo byłaby to niedozwolona ingerencja w proces wyborczy.
Królowi nie możesz, Wasza Świątobliwość, powiedzieć? - zdenerwował się król Ambroży. To po coście tu przyszli? Mnie chcecie straszyć? Wiecie, że mogę zastosować środki przymusu bezpośredniego? Albo skonfiskować wam plebanię! Albo zabrać kucharkę! No, mówić i to już!
Ksiądz profesor, lekko przestraszony, przysunął się do króla i wyszeptał: nowym władcą, wg proroka, ma być kolejny Domnalld, który od jego ulubionego obuwia nazwany będzie Domnalldem w Trampkach Pierwszym. Ale trampki nosi złote, jak na władcę królestwa przystało – dodał usprawiedliwiając ten sportowy but.
Przecież już mieliśmy Domnallda Pierwszego, to ten znowu będzie pierwszym? Niby jak? – zdziwił się król. No tak, najjaśniejszy panie – tamten był Domnalldem Pierwszym, zwanym Piegusem, a ten będzie Domnalldem w Trampkach Pierwszym, zwanym Trampkiem.
Acha, westchnął nie przekonany Król Ambroży. I co? I on ma być tym katechonem? - zapytał zły już całkiem. I może od razu królem?
Królem to nie – odparł ksiądz profesor. On będzie praesidens , co znaczy „zasiadający na czele”.
Na czele czego – zapytał przytomnie Król Ambroży. Ano na czele Disnejlendu – wydukał ksiądz profesor. A to ci heca – zawołał Ambroży. Na czele Disnejlendu? A co on na tym czele będzie robił?
On będzie przewodził walce Disnejów z wszelakimi objawami zwiastującymi nadejście Antychrysta, tak do Disnejlendu jak i królestw sąsiednich. Jak i walce z samym Antychrystem, jeśli się pojawi – wyjaśnił dogłębnie ksiądz profesor.
To ten Antychryst w końcu ma przyjść czy nie? – zapytał król. Chcecie nim straszyć, zawracacie mi głowę, a teraz słyszę, że nie on przychodzi, tylko jego pogromca.
Kiedy on ma przyjść i gdzie, tego nikt nie wie Bo może tak być, że on już tu jest od dawna – wyszeptał przestraszony ksiądz profesor.
No to dlaczego straszycie u licha moich i tak wystraszonych już ludzi, że on przyjdzie, jak on może jest? A jak jest, to jakoś go nie widać, jakoś dziwnie nic się nie dzieje - wyrzucił z siebie Król.
To po co by przychodził z nieba katechon Domnalld w Trampkach Pierwszy, gdyby nie było Antychrysta? Więc albo już jest od dawna, albo przyjdzie w ślad za katechonem. I zacznie się ogromna wojna - zakończył ksiądz profesor.
To on wojnę zacznie czy zakończy, ten katechon? - zapytał Król
On najpierw znajdzie Antychrysta, co może nie być proste, bo Antychryst może być zbiorowy i wszdzie, a jak już znajdzie, to mu wyda wojnę i w tej wojnie go pokona – zakończył wywód ksiądz profesor.
Acha, a potem dostanie order i nagrodę za zakończenie tej wojny, którą sam wywołał, tak? - zdziwił się król.
No tak, ale inaczej być nie może. Żeby zwyciężyć Antychrysta, musi być wojna. A jak zwyciężyć, kiedy wojny nie ma? Trzeba wywołać wojnę. Ale po wojnie nie będzie Antychrysta. I będzie wielkie zwycięstwo Dobra nad Złem.
Taaak? - zdziwił się wyjątkowo głośno Król Ambroży. Dobra nad Złem? A niby kto ucieleśnia Dobro, a kto Zło? Czy nie będzie przypadkiem tak, że sam ten trampkarz będzie wybierał kandydatów na Zło, a potem on będzie Dobrem? To znaczy będzie dobrem ich zwyciężał?
A co ksiądz proboszcz na to – zapytał Król Ambroży niespodzianie
Ksiądz proboszcz niewiele miał do powiedzenia w sprawie, więc cały czas milcząc, wyjadał kanapki z talerza i już prawie nic nie zostało. Jak miał wziąć ostatnią, usłyszał pytanie Króla o zwycięstwie Dobra nad Złem i zrobiło mu się dobrze. Tym bardziej, że widział przez okno, jak Disneje wiwatami świętowali wybór Domnallda w Trampkach na prezydenta i na katechona jednocześnie.
Przeczuwając, że niedługo zaczną się poszukiwania Antychrysta, powiedział tylko przezornie - to my już pójdziemy.
No i poszli.
Król Ambroży zamyślił się głęboko. Antychrystem się nie czuł, ale czuł przez skórę, że może nim zostać każdy, kto się nie spodoba Katechonowi i idącemu za nim orszakowi czyścicieli.
Bo zasady moralności określał Katechon, nie jakieś święte księgi, a i sposoby walki z niemoralnością także wyznaczał Katechon.
Dziki tłum wiwatował na cześć Katechona i wojen, które wywoływał to tu, to tam. I które potem wygrywał raz po raz. Dla dobra sprawy, czyli dla Dobra
Ksiądz proboszcz zaś zamknął się i czekał. Dokładnie nie wiedział na co, ale czekał. Ksiądz profesor zaś zamyślił się równie głęboko jak król i doszedł do wniosku, że chyba nie doczytał i nie domyślił. I nawet mu było trochę wstyd.
Ale tylko trochę.
Bo nie pomyślał o tym, że nie po to przed trzynastoma miliardami lat Bóg stworzył WSZYSTKO dla człowieka, żeby teraz, ni z tego, ni z owego, choćby jakiegoś grzechu, z tego WSZYSTKIEGO zrobić NIC, po kilku tysiącach lat zaledwie ludzkiej egzystencji.
