sobota, 6 grudnia 2025

Bajka o nowoczesności

 


 

W Królestwie Domlandii najważniejszą z cnót świadczących o nowoczesności i postępie było dorabianie się. Nie było tak od zawsze, o nie.

Zmiana cnotliwości obywateli zachodziła ewolucyjnie, choć jednak na tyle szybko, że była zauważana przez większość Domlandczyków, mało odpornych na nowe oznaki bogactwa. Zaczęła się niedługo po abdykacji starego Króla Eryka, który zmęczony królowaniem, postanowił poświęcić się uprawie winnego grona.

 

Intencje Króla Ambrożego były w zasadzie słuszne. Był młodym królem i chciał rządzić nowoczesnym królestwem. Nie bardzo wiedział co to znaczy bycie „nowoczesnym”, ale wszyscy chcieli być nowocześni, to chociażby dlatego próbował zaspokoić oczekiwania poddanych.

W najpierwszym przybliżeniu „nowoczesnym” znaczyło „innym niż do tej pory”. Bo to co było do tej pory, nie dość, że się wszystkim znudziło, to jeszcze cuchnęło starzyzną.

Wzorce były niedaleko.

Wystarczyło popatrzeć przez najbliższy płot graniczny, gdzie sąsiedniemu krajowi, Disnajlendowi,  widać było plecy jedynie, tak daleko ku tej nowoczesności odszedł, zostawiając za sobą tylko zgliszcza starego.

 

No i pojawiali się przy Królu najróżniejsi dziwni ludzie, którzy twierdzili, że mają patent na nowoczesność.

Król głupi nie był, ale w tym natłoku myśli i idei, które za nowoczesne uchodzić chciały, w końcu zaczął się gubić i wreszcie ostatecznie pobłądził.


A ponieważ zaraz na początku okazało się, że aby być nowoczesnym trzeba było sobie kupić nowy piękny strój, potem nowy wóz, potem konia pod wierzch i lśniącą zbroję, to szybko okazało się, że nowoczesność to głównie zarabiania pieniędzy. Nieważne jakim sposobem. Najlepiej nie przepracowując się. 

 

Pojawili się w Domlandii ekonomiści, uczący ludzi, jak zrobić złoto z niczego, płacący jakimiś wekslami z papieru zamiast złotym pieniądzem, i żądający zapłaty za to, co zawsze było za darmo. Zamiast zachęcać do wytwarzania dóbr potrzebnych Domlandczykom, jakie od wieków w swoich warsztatach robili rzemieślnicy, twierdzili, że można zarobić na robieniu nic nie robienia. No bo wszystko mogą zrobić za ćwierć ceny jacyś Chińczycy, a przywieźć to można wielbłądami po jedwabnym szlaku

 

Do tego nie wiadomo skąd wzięło się przekonanie,  że kluczem do bycia bogatym jest wykształcenie w dziedzinach nie związanych z wytwarzaniem czegokolwiek.  Jak grzyby po deszczu na domlandzkiej ziemi pojawiły się szkoły zakładane przez  przybyszów, którzy za niezłą kasę uczyli ogłupionych propagandą Domlandczyków wszystkiego, co nie ubrudzi im rąk, nie wysili mózgów przy nauce, a kręgosłupów w pracy, a pozwoli zarabiać niezłą kasę.

 

Oj, narobiło się w domlandzkiej nauce katedr i specjalności, prawie każdy już został bakałarzem albo nawet i doktorem, i nadał by trwał ten pęd do wiedzy i nowoczesności, gdyby nie to, że nie miał kto piec chleba, robić butów, czy wykonywać innych pożytecznych zawodów, przysparzających Domlandii pieniędzy, a jej mieszkańcom podstawowych towarów.

 

Ale miał to być tylko przejściowy stan, który przeminie, kiedy już wszyscy Domlandczycy uzyskają status wysoce wykształconych, co zaowocuje milionem pomysłów jak milionem kwiatów, przysparzających krajowi pieniędzy.


Gdzieś na lewo od królewskiego tronu powstawały jak grzyby po deszczu organizacje głoszące konieczność bycia nowoczesnym,  czyli zakładające prymat rozumu jako transcendentalnej normy społecznej.

 

Boże, Natalka, co to znaczy – transcendentalnej – szepnął wystraszony kot Horacy, który akurat w tym momencie dziejów wszedł na scenę tworzenia nowego. Nie przeszkadzaj – krzyknęla Natalia, sama zajęta próbą zrozumienia tego, co się wokół wyprawiało.

 

Nowoczesność wprowadzona przy wsparciu opozycji, siedzącej po lewej ręce Króla, była nowoczesnością absolutnie nowoczesną, bo kwestionowała wszystko to, co było. No, może prócz Króla.

 

Dla proroków lewicowej nowoczesności, nowoczesny człowiek to taki, który obaliwszy tradycję, posągi bogów i dawnych władców, wszystko sam potrafi sobie wyjaśnić, dla którego nie ma żadnych tajemnic i problemów. Jednocześnie nie wierzy on temu, co sam sobie wcześniej wyjaśnił i co widzi na własne oczy.

Taką postawę nazwano dialektyką trans formacyjną.

Łukasz z Natalią, dzieci króla Ambrożego, mieli swoich prywatnych nauczycieli, więc nie byli skazani na wchłanianie jak wątroba wszelkich trucizn, sączonych w organizm Domlandii, ale przez to byli trochę do tego nowego  nieprzystosowani. Wymykali się więc z pałacu, by zobaczyć, co się dzieje

 

Dzieci za przewodnika wędrówek miały kota Horacego, który znał wszystkie zakamarki życia miejskiego. Włóczyli się po mieście, rozmawiali z rówieśnikami i starymi Domlandczykami. I coraz bardziej byli przerażeni tą nowoczesnością, którą wprowadzał ich ojciec.

 

Szczególnie Łukasz, wiele rozmawiający ze swoim dziadkiem, królem Erykiem –emerytem, posiadający ukształtowane w tych rozmowach niesłychanie konserwatywne poglądy na świat, nie mógł zrozumieć i zaakceptować nie tylko postawy swych rówieśników, oszalałych nowoczesnością, ale także postawy starszych Domlandczyków, którzy na to pozwalali. A kiedy wzburzony doniósł dziadkowi o pomyśle na out-anazję, także Król Eryk postanowił, że dłużej czekać nie można.

 

Podkasawszy ogrodniczy fartuch pomknął w te pędy do królewskiego pałacu, w którym aktualnie urzędował jego syn. Szczególnie głośno trzaskając drzwiami, wpadł do Sali tronowej, gdzie wokół tronu chodził skonfundowany król Ambroży, wykonując już trzysta dwudzieste piąte okrążenie.

Długo jeszcze będziesz tak się kręcił w kółko – zapytał Król Eryk. Nie zakręciło ci się jeszcze w głowie?

Oj, zakręciło się, zakręciło – westchnął Ambroży. Od tej nowoczesności mi się zakręciło. Przez cały ubiegły rok, nic, tylko kręciłem się wkoło siebie.

Jak tylko jego syn wykonał trzysta sześćdziesiąte szóste okrążenie, jako że ubiegły rok był przestępny, złapał go za ramiona i mocno potrząsnął.

Nie po to oddawałem ci tron, mój synu – prawie krzyczał Król Eryk – żebyś teraz na takie głupoty pozwalał. Jakieś zupełne pomieszanie w głowach obywatelom, obalanie posągów i tradycji, wymiana złota na papiery, obietnice, że kowale, cieśle, garncarze i inni niczego już produkować nie muszą, nasi uczeni niczego odkrywczego odkrywać, a rolnicy sadzić i siać, bo naród wzbogaci się na nic nie robieniu, chłopom da się kasę za siedzenie na przyzbie, a mędrców przemieni w socjologów.

 

Czy ci się w głowie poprzestawiało? – zjadliwie zapytał Król Eryk
Jeszcze armię zlikwiduj, bo podobno jest już całkiem pacyfistycznie w sąsiednich królestwach i nawet psy na naszą ziemię przez granicę nie patrzą, co najwyżej obsikują słupy graniczne!

 

Król Ambroży siedział ze spuszczoną głową i milczał. Wreszcie wyjąkał tylko: masz rację Ojcze. Przegiąłem. Odkręcam wszystko.

Przez następne trzysta sześćdziesiąt pięć obrotów wokół tronu Król Ambroży, przy wsparciu Łukasza, który nie pozwolił zakręcić się w supeł królewskiemu pasowi słuckiemu, odkręcał wszystko, a właściwie zakręcał w drugą stronę. W tę tradycyjną. Po ostatnim obrocie stanął, uśmiechnął się z ulgą i zwymiotował. Służba szybko posprzątała, ciesząc się, że wreszcie król się upił po raz pierwszy od roku, jak bywało przez lata..

 

No i stało się to, co od zawsze było.

Stare kobiety znowu chodziły do kościoła w swoich beretach i nikt się z nich nie śmiał ani nikt im nie zabierał dowodów rejestracyjnych, można było na głos mówić, że się jest nienowoczesnym i nikomu nie było wstyd z tego powodu, ba, z czasem zaczęło to uchodzić za przejaw nowoczesności. To bycie nienowoczesnym. Chłopi znowu wyjechali końmi w pola i nawet pańszczyzna nie tak bardzo już bolała, cechy rzemieślnicze na nowo zagoniły pijanych szewców i inne rzemiosło do pacy dla Królestwa, a rycerze wsiedli wreszcie na koń i popędzili nad granicę.

 

Na początek wyrżnęli wszystkie wraże psy, sikające na słupy graniczne. Potem zanucili pieśń o rycerzach ze stepowych stanic, o obrońcach naszych granic, a ich stęsknione kobiety przyjęły ich pod swój dach i spójrz – śmiały się przez łzy. Znowu do tańca ktoś im zagrał, a potem poszli do alków. I było swojsko i odwiecznie. Nawet księża, którzy zawsze mówili to samo i na czas nowoczesności uchodzili za wyjątkowych trepów, a nawet moherów, zostali ponownie wysłuchani, a ich Słowo znowu zostało zrozumiane.

 

A Król Eryk siedział z Horacym na przyzbie podmiejskiej chaty, w cieniu tysiącletniego dębu, nad szemrzącym strumieniem i patrzył na owocujący sad.

Horacy zwinięty w kłębek coś tam mruczał. Przygłuchy już Król Eryk nie słyszał, że wymruczał nowy wiersz, chwalący czasy jego rządów, a i obecną ich sytuację.

Pochwała życia prostego.

Szczęśliwy, który nie wie, co finansów krach,
W bankach nie liczy swoich strat,
Woli na roli osiąść, gdzie słomiany dach,
Tak jak przodkowie z dawnych lat.

Ze snu go nie obudzi do wymarszu głos,
Nie porazi go głębia mórz;
Nie zwiedzie go blichtr złoty ani pełen trzos,
Od gwaru miasta odwykł już.

On woli winorośli rozrośnięty krzew
Do pnia przywiązać, aby stał,
Lub dzikie pędy ścinać z ogrodowych drzew,
By plon większy jesienią miał.

Popatrzy hen ku łąkom pełnym jego trzód,
Skąd z wiatrem niesie się ich głos,
Lub z uli pośród sadu wydobywa miód
I wełny owczej strzyże stos.

Gdy wraz z jesieni przyjściem skończy prace swe
Wianek splecie ze złotych zbóż.
Pozbiera jabłka, gruszki, zabezpieczy się
By w zimę nie pracować już.
A potem na dożynkach ofiaruje plon
Temu, kto dał mu ten dom.

Wreszcie jakże miło pod dębem starym siąść
Wśród trawy bujnej aż po pas,
Gdy strumień obok szumi, wody można wziąć
W dłonie, i pić, i odejść w las.

Tam błoga cisza, ludzi tam niewiele jest,
Tam ptaków śpiewy, wiatru szum,
Przy nodze idzie, węsząc cicho, wierny pies
I jest im błogo obydwóm.

Napisany w oparciu o Epod 2 Horacego (Beatus ille, qui procul negotiis)

 

Po wymówieniu słów „wierny pies” Horacy przełknął śliną i ze skruchą powiedział sam do siebie: Zeusie, jakże mogłem tak nisko upaść. No cóż, ja jednak na polowania z panem nie chodzę. I nie węszę przy nodze. A błogo jest mi na przyzbie lub piecu.

 

 

 

 


czwartek, 5 czerwca 2025

Bajka o feministkach

 


Natalia, jak na dziewczynkę żyjącą wiele lat temu, miała szczególny stosunek do tego, co wypada, a co nie wypada robić kobiecie. Inaczej niż wszyscy mężczyźni Domlandii uważała mianowicie, że kobieta ma prawo robić to wszystko, co może robić mężczyzna. Na dodatek zaczęła o tym mówić głośno, a co najgorsze – publicznie. Gdyby nie fakt , że była córką króla, zapewne skończyłaby tak, jak kończyły czarownice albo wiedźmy, czy wróżbiarki. A one kończyły niezbyt dobrze. W sąsiednich państwach takie panie palono na stosach albo topiono w przeręblach. Ponieważ jednak Król Ambroży był władcą szczególnie postępowym, najgorsze, co mogło czekać czarownicę lub wróżbiarkę, było ogolenie na łyso i zakaz pojawiania się wśród ludzi przez 10 lat.

Pomysły Natalii zostały oczywiście ocenzurowane natychmiast po ich wygłoszeniu przed gronem znajomych dzieci, a polegało to na nałożeniu każdemu z tych pomysłów na głowę czapeczki błazeńskiej, przegonieniu ich w szpalerze żołnierzy z rózgami, którzy bili je najmocniej jak mogli i polewaniu zimną wodą. Po takiej cezurze wszystkie te pomysły nie miały już ani siły, ani ochoty na samorealizację. Spoglądały jedynie spode łba na swoją właścicielkę.

Natalia z bólem patrzyła na mękę jej poglądów, ale w głębi kobiecej duszy nie dawała za wygraną.

Trudne było życie kobiet w tamtych czasach. Gdy mężczyźni szli na polowanie, kobiety siedziały w domu. Gdy mężczyźni szli na wojnę, kobiety siedziały w domu. Gdy szli do karczmy, kobiety siedziały w domu. Gdy mężczyźni wracali do domu, kobiety siedziały w domu tak samo, jak wtedy, gdy nie wracali. Kobiety prawie zawsze siedziały w domu i gotowały, prały, tkały, szyły, piekły, sprzątały i rodziły dzieci, które potem musiały wychowywać. I tak bez końca. Natalia i Wiktoria miały szczęście być córkami króla, dlatego żyły nieco inaczej. Jednak świadomość takiej niezasłużonej wyjątkowości jeszcze bardziej je denerwowała.

Tak dalej nie może być – powiedziała pewnego dnia Natalia do Wiktorii. Musimy zrobić w królestwie rewolucję. A co to jest rewolucja – zapytał Wiktoria, która znała jedynie „pokorne rezolucje”, przynoszone do króla przez poddanych.

Rewolucja to gwałtowna i znacząca zmiana wszystkiego, przewrócenie tegoż do góry nogami, zasadnicza zmiana poglądów, które od tej chwili uważa się za jedynie słuszne – powiedziała mądrze Natalka, która wcześniej przeczytała o rewolucji w Wikipedii.

Jak zrobimy taką rewolucję, to będziemy mogły robić wszystko to, co do tej pory mogli robić tylko mężczyźni.

Ale jak się wszystko odwróci na opak, to mężczyźni będą robić to, co teraz my robimy? – zapytała trzeźwo Wiktoria. Nawet bawić się lalkami i rodzić dzieci? No oczywiście – krzyknęła Natalia. Dlaczego nie. Kucharka mówiła, że chłopy dawniej rodziły dzieci, podobno nawet tak pisze w Biblii. A kucharka to jeszcze mówiła, że po rewolucji to nawet ona będzie mogła rządzić królestwem.

Tak to chyba mówił jakiś  przybłęda Enin, którego tatuś kazał wychłostać i zamknąć w lochu – sprostowała Wiktoria. Nieważne - wzruszyła ramionami Natalka. Rewolucję trzeba zrobić mimo wszystko. Ty wiesz, jak będzie wspaniale, gdy kobiety zaczną zarabiać na utrzymanie rodziny, chodzić na wojnę, pić w karczmie wódkę z innymi kobietami, rąbać drzewo, chodzić z psami na polowania, bić się za honor mężczyzn, czytać gazetę przy śniadaniu i głośno bekać po jedzeniu.


A co w tym wszystkim wspaniałego? – zapytała Wiktoria. Ja tam wolę, żeby wszystko było tak jak kiedyś. I nie chcę żadnej rewolucji.

Ty zdrajczynio – krzyknęła Natalka. Gdzie twoje kobiece ideały, gdzie w ogóle twoja kobiecość? Zdradzasz naszą kobiecą rewolucję, zanim ją jeszcze zaczęłyśmy. Dalej chcesz żyć w niewoli mężczyzn, znosić upokorzenia macierzyństwa, podmywać pupy dzieciakom i znosić drwiny i poniżenia od Łukasza i Krzysztofa?

Rób jak chcesz. Ja zaczynam.

I zaczęła. Od siebie. Nie myła zębów jak Łukasz, nie czesała się jak Krzysztof, nie nosiła sukienek jak Łukasz, nie bawiła się lalkami jak Krzysztof itd. Tak się upodobniła do swoich braci, że pewnego dnia Król Ambroży, było nie było jej ojciec, wziął ją za Łukasza i Krzysztofa jednocześnie.

Boże, jaka była dumna. Pobiegła szybko do Wiktorii, która jej absolutnie nie poznała i wcale nie chciała się z nią bawić. Kucharka dała jej do jedzenia podwójną porcję koniny, która uwielbiali chłopcy, a do popicia kwartę wina. Krawiec uszył jej spodnie, a fryzjer obciął ją na pazia. Nie wpuszczono jej na bal noworoczny, a w szkole musiała chodzić do męskiej ubikacji. Na dodatek chłopcy zupełnie nie zmienili swoich przyzwyczajeń, mimo płomiennych przemówień Natalki, że rewolucja nadeszła i że wszystko należy zmieniać i nadal zachowywali się jak jej bracia, a nie jak jej siostry.

Ciąg nieszczęść spadających na naszą rewolucjonistkę zdawał się nie mieć końca. Książę Mikołaj z sąsiedniego królestwa, który zawsze się jej podobał, nie tylko, że przestał na nią spoglądać, to jeszcze zaczął się uśmiechać do paskudnej Eufrozyny, jej odwieczne rywalki. Jednak zupełnie załamała się po próbie uniesienia miecza, którym chłopcy kręcili młyńce bez wysiłku. Spadł jej na koniec buta. Spuchnięty mały palec doskwierał długo. Tak długo, jak długo jeszcze myślała, że chce być taka jak chłopcy.

Jak wreszcie przestała myśleć, to i palec przestał boleć.

Wtedy lalki, które już lekko przykrył kurz, okazały się jeszcze piękniejsze, niż kiedyś, książę Mikołaj znowu się do niej zaczął uśmiechać, a kucharka, która rządziła tylko królewską kuchnią, dawała jej tak mało jeść, jak tego chciała. I nie skarżyła rodzicom.

 

Sama zaś doszła do wniosku, ze oczywiście rewolucja feministyczna tak, ale nie tak głupio.