sobota, 5 września 2026

Jak przejechałem Niżne Rysy na Żabim Koniu

 


Jak przejechałem Niżne Rysy na Żabim Koniu

 

Poniżej będzie o najgłupszej wyprawie mojego życia. Albo najbardziej szalonej. Górskiej wyprawie.

W wakacje 1975, w lipcu, po skończeniu studiów, a przed obroną dyplomu, pojechałem z Tomkiem w Tatry, by się powspinać, sprawdzając tym samym tę naszą wspinaczkową wiedzę skałkową, nabytą w przeciągu dwu minionych lat. Zrobiliśmy kilka niezbyt trudnych dróg, dzisiaj pamiętam Zachód Grońskiego, Filar Grońskiego w Żabiej Turni Mięguszowieckiej, jakąś drogę na Niżnim Żabim Szczycie i jeszcze jedną, która wyleciał mi z pamięci, przyglądnąłem się Zamarłej Turni i na szczęście nie próbowałem, no i chodziłem z oczami w Górę, gdzie na Kazalnicy wisieli na linach najlepsi z najlepszych.

Drogi, które zrobiliśmy, były w sam raz na nasze możliwości techniczne, nie przekraczające chyba 4+ stopnia trudności. I tak siedzieliśmy z Tomkiem we Włosienicy na taborisku, zawierając nowe znajomości, oglądając przygody Małolata ze strażą graniczną   (WOP), która za brak dowodu (miał 15 lat) wciąż go zatrzymywała, wywoziła, a on wracał, czy zazdroszcząc mu dróg na Mnichu. Siedzieliśmy przed namiotem, trochę nie wiedząc co dalej począć, więc urządzaliśmy sobie wyścigi z plecakiem (10 kg), kto z Morskiego Oka wejdzie do Czarnego Stawu w czasie poniżej 10 minut (zawsze wygrywał Tomek, ale dzisiaj ja mam tylko rozwalone kolano, a on wymienione stawy biodrowe), a potem na przełęcz pod Chłopkiem.

I tak jednego dnia podszedł do nas Marek Zygmański zwany Belfegorem, który  był członkiem Gliwickiego Klubu Grotołazów, jak i my obaj.

Był to facet rok starszy, ale już doświadczony o wiele bardziej niż my. Mniej może we wspinaczce górskiej, bardziej w jaskiniach, ale jednak. Do tego facet dysponował niesłychaną kondycją fizyczną.

Problem z Markiem był jednak taki, że w środowisku taterników i grotołazów ciągnęła się za nim opinia, że jest pechowy i wszyscy raczej wybierali do wypraw kogoś innego, jeśli tylko mogli, nie Marka.

A dlaczego ta opinia za nim się ciągnęła? W grudniu 1973 roku Marek prowadził wyprawę studentów Politechniki Gliwickiej w Tatry Zachodnie, celem eksploracji jaskini. Najpierw miała to być chyba Ptasia Studnia, ale była zajęta i zdecydowali się na Bandzioch Kominiarski w dolinie Kościeliskiej w masywie Kominiarskiego Wierchu. A pech polegał na tym, że w czasie bardzo długiego podejścia do tej jaskini, w warunkach tak ekstremalnych, że trudnych do wyobrażenia (śnieg od piersi, wiatr i wczesna noc grudniowa) zmarło w odstępie godziny dwóch z pięciu członków wyprawy. Zmarli z wyczerpania (link do filmu poniżej).

Było śledztwo prokuratorskie, dużo się o sprawie mówiło. A wspinacze są przesądni. Więc dmuchali na zimne.

 

My z Tomkiem nie byliśmy przesądni. I jak Marek przyszedł do nas i dowiedział się, że aktualnie brak nam pomysłów na taternicką przyszłość, a lenistwo niedługo nas zabije, powiedział: to chodźmy jutro razem, coś się wymyśli. Może pójdziemy na Niżne Rysy, może na jakiegoś Żabiego Konia, albo coś tam innego się wymyśli.

Już to powinno być czerwonym światełkiem w naszych głowach, ale nie było.

 

Rano, skoro świt, czyli tak około piątej nad ranem, zerwaliśmy si z wyrek, zjedliśmy coś marnego, bo tak się wtedy jadało, i popędziliśmy za Markiem w górę.

Tomek znowu był najszybszy w podejściu między Morskim Okiem i Czarnym Stawem, i nawet pomyślałem, że ten Belfegor nie taki chojrak, jak mówią.

 

Ściana Niżnych Rysów, jak na nią patrzeć z Czarnego Stawu albo i od Morskiego Oka, robi wrażenie. Można powiedzieć, że imponuje swoim ogromem. Fakt, nie jest to góra trudna dla wspinaczy, za wyjątkiem Tomkowych Turni skala trudności lokuje się gdzieś w okolicy 4, może 5.

Jak już doszliśmy do Czarnego Stawu i skierowaliśmy się ścieżka w stronę Rysów, te 600 metrów ściany kazało nam stanąć, wpatrzeć się w nią i puścić wodze fantazji.

To fantastyczna góra, pomyślałem sobie. Dobrze byłoby na ni ą wleźć. Robi wrażenie, pomyślał Tomek. Ale chyba nie jest za trudna? Dałbym radę.

Co, podoba się wam? – odezwał się Marek.

Podoba. No to chodźmy. Najkrótszą możliwą drogą od ścieżki, na wprost przez piargi, doszliśmy do podstawy ściany. Marek prowadził. Wiedział, którędy iść? Nie wiem. Myśleliśmy, że wiedział. I poszliśmy. Teraz już nie pamiętam, zresztą nigdy nie omawialiśmy przebiegu trasy, ale chyba szliśmy Żlebem Orlowskiego. I fajnie się szło. Bez asekuracji, każdy gonił jak kozica, bo sił mieliśmy każdy za dwóch, a Marek chyba za trzech.

Każdy oczywiście myślał, ze jak będzie trudniej, to się będziemy asekurować, ale w potrójnej ocenie ciągle nie było trudno, a trudniej to już wcale.

 

Tak gdzieś w połowie ściany nagle zaczęło być trudniej. Okazało się, że przez długą, płaską jak nachylony pod kątem 45 stopni stół kuchenny ścianę, prowadzi wąziutka półka, lekko pod górę,  po której trzeba było skręcić w prawo i iść, iść, iśćććć coraz wolniej, coraz ostrożniej, bo zjazd z niej mógł być na 200 metrów przynajmniej w dół. A i sama półka też miała chyba z 200 metrów długości, chociaż może mniej, ale strach miał wielki oczy.

Asekuracja!!! Gdzie jest lina???

 

Była lina, ale nie była woli. My byliśmy odważni. I najpierw Tomek jak facet w cyrku idący po linie nad przepaścią, zaczął pokonywać to diabelstwo. I przeszedł. Potem przyszła kolej na mnie. Wszedłem ostrożnie, modląc się w duszy, by nie popatrzeć w dół i jakoś mi się to udawało przez większość długaśnej półki. Jak spojrzałem i zadrżałem, co to może mi się stać,  a mama czeka w domu, byłem już prawie po drugiej stronie. Tej lepszej stronie.

Marek jakoś przeszedł bez emocji, ale jak dotarł do nas, to wyglądał na niepewnego i jakby zgaszonego. Potem jeszcze prosto, bezpiecznie do góry i po  całej godzinie i dwudziestu minutach od wejścia w ścianę byliśmy na szczycie. To był chyba Południowy Szczyt Niżnych Rysów. Sam nie mogłem w to uwierzyć. Wszak na te normalne Rysy idzie się prawie trzy godziny. Chwila odpoczynku i pomaszerowaliśmy na Rysy. Dumnie patrzyliśmy na ceprów, oni zaś dziwili się, od jakiej my to strony idziemy. Ale liny na nas wisiały, wiec odpowiedź była oczywiste.

To co robimy? – zapytał Marek. Może Żabi Koń? Tam jest super! Ani Tomek, ani ja nie mieliśmy pojęcia, co to znaczy Żabi Koń. Ale mieliśmy niebawem się dowiedzieć.

 

Przytoczę opis za Wikipedią

O Żabim Koniu Władysław Cywiński pisze: nie imponuje ani wysokością ścian, ani też wysokością bezwzględną. Jest jednak wśród taterników bardzo popularny. Swoją zasłużoną popularność zawdzięcza kształtowi. Jego grań to typowy koń skalny (Koń skalny – bardzo wąski odcinek grani, który podczas przejścia często pokonywany jest okrakiem), w widoku z Rysów  jest ostra jak żyletka. To właśnie ta ostra grań powodowała, że w początkowym okresie taternictwa wydawał się nie do zdobycia. Jego grań przez wielu taterników jest uważana za najpiękniejszą w całych Tatrach.

 

Szczyt długo uchodził za zbyt trudny do zdobycia. Wszystkie drogi taternickie prowadzące na niego należą do trudnych. Mimo mało imponującej wysokości Żabi Koń od dawna należy do najpopularniejszych turni tatrzańskich wśród taterników, a jego północna ściana była przez pewien czas uznawana za najtrudniejszą w Tatrach[5]. Od południowej strony ma wysokość 120 metrów, od północnej 150 m[7].

 

Oczywiście, jak jest super, to idziemy. Zresztą po sprincie na Niżne Rysy nie mieliśmy co zrobić z czasem. No i poszliśmy. Szło się z górki, aż się doszło. Trochę nam zrzedły z Tomkiem miny, jak trzeba było pokonać Żabią Przełęcz Wyżnią. Ale udało się i wylądowaliśmy na KONIU. Dla mnie to była żyleta, o ścianie z jednej strony pochylonej pod jakimiś 60 stopniami, a drugiej ściany nie widziałem dokładnie, bo mogłem tylko tam zerkać, trzymając się kurczowo ostrza żylety i przesuwając się po niej w kierunku Żabiej Przełęczy.

I by się nam pewnie udało, gdyby nie pech. Tak, pech. Wreszcie się zjawił. Późno, ale się zjawił. Nie wierzyliśmy w niego, ale się zjawił. A tak wszystko szło dobrze do tej pory.

 

Jakby otworzyło się nad nami niebo. Kapać zaczęło, gdy byliśmy na Żabiej Przełęczy Wyżnej. Ale to się zdarza.  Ale jak kurczowo trzymałem się dłońmi ostrza żylety, zaczęło tak straszliwie lać, jakby się niebo nad nami rozwarło. Beczki wody. Jeden patrzył na drugiego, mimo lipca dłonie zaczęły nam grabieć, nogi więzły w mokrych spodniach, z butów lała się woda. To koniec, pomyślałem. Patrzyłem na Tomka i widziałem, że też ma nietęgą minę. Może też widział koniec. Jakoś doczołgaliśmy się do przełęczy, Markowi udało się do czegoś przyczepić linę i powoli, jak mumie sztywni, zaczęliśmy się ewakuować w dół.

Potem chyba na kolejnej linie zjechaliśmy do Kotła pod Rysami (chyba tak). Lin nie udało się odczepić, więc zostały (ktoś je potem zabrał, sprawdzaliśmy).

Zupełnie mokrzy, sztywni, głodni ruszyliśmy w drogę powrotną. Oczywiście przez Rysy.

Ja dziękowałem Bogu, ze się kolejny raz udało, Tomek chyba myślał podobnie.

Najgorzej było z Markiem.

Jakby uderzył w niego piorun. Szedł daleko za nami, powoli, zgarbiony, minę miał grobową.

Jak dowlekliśmy się do taboriska, niezbyt dobrze pamiętam. Ale to była jedna z gorszych dróg, jakie mi przyszło w życiu pokonywać.

 

Marka już nigdy więcej nie spotkałem. Wyjechałem ze Śląska. Wczoraj dowiedziałem się, że umarł 4 lata temu. Cześć jego pamięci. Niech spoczywa w pokoju. Był dzielnym facetem.

 

Nie wiem, czy pech w życiu go opuścił, ale chyba tak, bo potem był przewodnikiem tatrzańskim.

 

I tak mi się znowu zebrało na wspomnienia.

 

 

 

 

 

 

 

 

wtorek, 28 kwietnia 2026

Bajka o nadejściu Antychrysta

 


 Bogobojna ludność Domlandii wyznawała tę samą religię co jej władca, król Ambroży, bo w tych czasach inaczej nie można było. Postanowiono bowiem, gdzieś tam, że czyj kraj, tego religia. A ponieważ królewska rodzina od wieków była katolicka, to i poddani musieli być katoliccy. Niewiele to dla nich znaczyło, jako że mało kto umiał czytać, a i świętych ksiąg było jak na lekarstwo, czyli dwie: jedna u księdza, druga u króla. Na dodatek pilnowano ich jak źrenicy Oka Boga, więc nikt ich z pospólstwa nawet nie oglądał, choćby z oddali.

Jednak każdy czuł, ze Oko Boga widzi wszystko i w każdej mysiej dziurze, a to czucie co niedziela wzmacniał ksiądz proboszcz w głośnych kazaniach, nacechowanych groźbami pod adresem grzeszników, czyli najbardziej tych, którzy ociągali się z płatnościami na rzecz plebanii.

Domlandczycy mieli ciężkie życie. Niedojadali, niedosypiali, nie domywali się (to znaczy myli się, ale raz w roku), nie buntowali, ale za to przepijali co dostali i płodzili dużo dzieci na chwałę pana jednego i drugiego, bo od tego zależała pomyślność dworu i kościoła.

I chociaż ich życie było takie ciężkie, że nam dzisiejszym to by się wcale nie chciało w takim życiu brać udziału, to oni bardzo chcieli żyć. I robili wszystko, by żyć i przeżyć. A ksiądz o tym dobrze wiedział. Nie wiadomo tylko czy dlatego, czy jednak mimo tego, co jakiś czas straszył swoje owieczki „apokalipsą i nadejściem Antychrysta”.

To trzywyrazowe coś miało być tak straszne, że za każdym razem jak ksiądz ich straszył, że już za chwilę, już za momencik, bo wciąż grzeszą i się nie poprawiają, nadejdzie to coś straszne, najstraszniejsze, to oni prawie umierali ze strachu, ale potem, wbrew wszystkiemu,  jeszcze bardziej chcieli żyć w tym swoim dziadostwie.

A najstraszniejszym miał być Antychryst z rogami, który każdego po kolei grzesznika na te rogi nabije i w ogień wieczny wrzuci.

I tam się będą w smole smażyć na wieki wieków amen

Słysząc to biedne chłopy i biedne baby stawały się jeszcze biedniejsze, bo zastraszone prawie na śmierć. A i tak chęć życia w nich zwyciężała.

No i tak to trwało, i trwało, straszyło i straszyło, a potworny Antychryst jak nie przychodził, tak nie przychodził. Z pokolenia na pokolenie nie przychodził. A tych pokoleń było ogromnie dużo, bo były krótsze niż dzisiaj.

I jak on tak nie przychodził chyba przez tysiąc pokoleń, to ludzie przestali wierzyć, że on przyjdzie kiedykolwiek. Ba, zaczynali wątpić, czy on tak naprawdę istnieje.

Oczywiście w diabły i anioły każdy wierzył, bo one jak kury w każdy kąt gospodarstwa właziły i ich działanie każdy na co dzień widział. Lepsze lub  gorsze, ale kto by się nad tym zastanawiał. Tak zawsze było, to musi tak być. A było tych aniołów i diabłów na kopy. Ale takie swoje były.

Ale jakiś Antychryst!? Jeden na wszystkich?!  No może nie jeden, bo z tą Apokalipsą.

Ale i tak nie za bardzo wierzyli. To znaczy, coraz mniej wierzyli.

I ksiądz proboszcz zaczął mieć problem z tą niewiarą.

Coś trzeba było zrobić, bo nie wypadało, żeby się ludzie nie bali. Jak się przestaną bać Antychrysta, to tym łatwiej będzie im się przestać bać proboszcza, biskupa, a nawet samego Najjaśniejszego króla Ambrożego.

Nie może tak być.

Więc ksiądz proboszcz w te pędy zaw wybrał się na audiencję do króla, żeby ten coś poradził. A że sam nie był zbyt biegły w ilościach Księgi, jako że i czytał nie za bardzo, i na co dzień wolał się zajmować finansami, poprosił o pomoc znanego w środowisku ludzi wierzących znawcę Księgi i wszelakich objawień, księdza doktora Roberto Violinistę nazywanego także Sacrae Theologiae Professor. On umiał wyjaśnić każde zjawisko nadprzyrodzone, a każde związane z nim objawienie miał w małym paluszku. Bo objawienia, a szczególnie związane z nimi cuda,  były jeszcze jedynym, ostatnim elementem konsolidacji ludu wierzącego. Z naciskiem na słowo „ludu”.

Król akurat był po roku wprowadzania reform, które miały uczynić państwo nowoczesnym i po drugim roku, w którym te reformy odkręcał, bo tak się tą nowoczesnością zadławił, że groziło to (zadławienie) paraliżem zarówno króla jako Urzędu, jak i samej Domlandii.

 Słucham was przedstawiciele niebios - zagaił dostojnie Król Ambroży, kiedy obaj, po złożeniu hołdów, pocałowali jego królewską dłoń. Akurat  ksiądz profesor dziwnie zakaszlał, jakby połknął królewski pierścień, ale mu zaraz przeszło i wyprostował się godnie.

Cóż to was, ludzi świętych (tu lekko się uśmiechnął), sprowadza w moje cywilne, grzeszne progi – zapytał Król Ambroży. Czyżbyście przyszli zawrzeć sojusz tronu z ołtarzem? Przecież to zawsze wam szkodzi. Nie wiecie o tym?

Wiemy, wiemy dobrze – zaczął proboszcz, ale teraz nie mamy innego wyjścia, jak prosić o pomoc. A to niby z jakiej przyczyny – zapytał zdziwiony Król, który, jak do tej pory, też wychodził na tych sojuszach jak Zabłocki na mydle.

Ano z takiej, Najjaśniejszy Panie, że ludzie coraz mniej się boją. Grzechu się nie boją, kary się nie boją, nawet śmierci się nie za bardzo boją. Ba, nawet przestali się bać przyjścia Antychrysta, którym ich straszę, a to bardzo źle rokuje – wypalił proboszcz. Może więc jakąś wojnę by zacząć, albo coś podpalić? – kontynuował niezrażony coraz bardziej ponurą miną Króla Ambrożego. Wiadomo, że na wojnie to wszyscy się boją i nawet niedowiarki zaczynają wierzyć.

Co to, to nie – wypalił zezłoszczony do spodu Król. Radźcie sobie sami z Antychrystami.

I tu do dyskusji włączył się ksiądz profesor.


 Najjaśniejszy Panie – powiedział łagodnie. Może jednak warto przemyśleć sprawę. Niech Najjaśniejszy spojrzy przez granicę, na sąsiedni Disnejland, odwiecznego sąsiada Domlandii. Stamtąd zacznie się niedługo nowe, które niebawem rozszerzy się na cały świat, a więc i królestwu waszej Wysokości nie ujdzie na sucho.

Na słowo Disnejland Król lekko się skurczył, pomny złych doświadczeń z jego królem Domnalldem Pierwszym, zwanym Piegusem. Ale za chwilę wyprowadził na twarz dyplomatyczny uśmiech.

A cóż to niby ma się dziać w tym Disnejlendzie, naszym – jak mówicie -  od wieków sąsiedzie? – zapytał. Jak tak patrzę poza słupy graniczne, to tylko narastający chaos tam widzę i bardak, większy z dnia na dzień. Owoce nowoczesności, psia ich mać. Lewactwo i nieróbstwo – podsumował.

Ale ta nowoczesność Disnejlandu zaowocowała w nim demokracją, najjaśniejszy panie – powiedział ni to z obrzydzeniem, ni to z dumą, ksiądz profesor. A po abdykacji ze względu na wiek, bo gadał od rzeczy, ostatniego króla Disnejlendu, Domnallda Pierwszego, zwanego Piegusem, tak nielubianego przez Waszą Wysokość, rozpisano wybory na przywódcę państwa.

No i co z tego – wzruszył ramionami Król Ambroży. Co to wszystko ma i do mnie, i do tego Antychrysta, którym chcecie straszyć moich poddanych?

Wiele ma, Najjaśniejszy Panie. Wiele. Zaraz to wyłuszczę – rzekł ksiądz profesor.

Lat temu pięćdziesiąt, jak byłem na wygnaniu w Rzymie, spotkałem zakonnika z Disnejlandu, wielce świętego człowieka, który mi powiedział, że jak upłynie pół wieku, to w Disnejlandzie zacznie panować nowy, wielki władca. Będzie on przysłanym z niebios katechonem, który pokona Antychrysta. Aby udowodnić przyszłym pokoleniom, że on to wiedział i przepowiedział, wyrył i wypalił nazwisko tego przyszłego władcy na jednej z cegieł, którymi zamurowano święte drzwi. Jak minęło pół wieku i te drzwi ponownie otwierano, a robiono to w mojej obecności, znalazłem tę cegłę z wypalonym nazwiskiem władcy sąsiedniej krainy.


 No i jakie to nazwisko? – zapytał król Ambroży.

Nie mogę, najjaśniejszy Panie zdradzić tej tajemnicy przed wyborami, bo byłaby to niedozwolona ingerencja w proces wyborczy.

Królowi nie możesz, Wasza Świątobliwość, powiedzieć?  - zdenerwował się król Ambroży. To po coście tu przyszli? Mnie chcecie straszyć? Wiecie, że mogę zastosować środki przymusu bezpośredniego? Albo skonfiskować wam plebanię! Albo zabrać kucharkę! No, mówić i to już!

Ksiądz profesor, lekko przestraszony, przysunął się do króla i wyszeptał: nowym władcą, wg proroka, ma być kolejny Domnalld, który od jego ulubionego obuwia nazwany będzie Domnalldem w Trampkach Pierwszym. Ale trampki nosi złote, jak na władcę królestwa przystało – dodał usprawiedliwiając ten sportowy but.

Przecież już mieliśmy Domnallda Pierwszego, to ten znowu będzie pierwszym? Niby jak? – zdziwił się król. No tak, najjaśniejszy panie – tamten był Domnalldem Pierwszym, zwanym Piegusem, a ten będzie Domnalldem w Trampkach Pierwszym, zwanym Trampkiem.

Aha, westchnął nie przekonany Król Ambroży. I co? I on ma być tym katechonem? - zapytał zły już całkiem. I może od razu królem?

Królem to nie – odparł ksiądz profesor. On będzie praesidens , co znaczy „zasiadający na czele”.

Na czele czego – zapytał przytomnie Król Ambroży. Ano na czele Disnejlendu – wydukał ksiądz profesor. A to ci heca – zawołał Ambroży. Na czele Disnejlendu? A co on na tym czele będzie robił?


 On będzie przewodził walce Disnejów z wszelakimi objawami zwiastującymi nadejście Antychrysta, tak do Disnejlendu jak i królestw sąsiednich. Jak i walce z samym Antychrystem, jeśli się pojawi – wyjaśnił dogłębnie ksiądz profesor.

To ten Antychryst w końcu ma przyjść czy nie? – zapytał król. Chcecie nim straszyć, zawracacie mi głowę, a teraz słyszę, że nie on przychodzi, tylko jego pogromca.

Kiedy on ma przyjść i gdzie, tego nikt nie wie Bo może tak być, że on już tu jest od dawna – wyszeptał przestraszony ksiądz profesor.

No to dlaczego straszycie u licha moich i tak wystraszonych już ludzi, że on przyjdzie,  jak on może jest? A jak jest, to jakoś go nie widać, jakoś dziwnie nic się nie dzieje - wyrzucił z siebie Król.

To po co by przychodził z nieba katechon Domnalld w Trampkach Pierwszy, gdyby nie było Antychrysta? Więc albo już jest od dawna, albo przyjdzie w ślad za katechonem. I zacznie się ogromna wojna - zakończył ksiądz profesor.

To on wojnę zacznie czy zakończy, ten katechon? - zapytał Król

On najpierw znajdzie Antychrysta, co może nie być proste, bo Antychryst może być zbiorowy i wszędzie, a jak już znajdzie, to mu wyda wojnę i w tej wojnie go pokona – zakończył wywód ksiądz profesor.

Aha, a potem dostanie order i nagrodę za zakończenie tej wojny, którą sam wywołał, tak? - zdziwił się król.

No tak, ale inaczej być nie może. Żeby zwyciężyć Antychrysta, musi być wojna. A jak zwyciężyć, kiedy wojny nie ma? Trzeba wywołać wojnę. Ale po wojnie nie będzie Antychrysta. I będzie wielkie zwycięstwo Dobra nad Złem.

 

Taaak? - zdziwił się wyjątkowo głośno Król Ambroży. Dobra nad Złem? A niby kto ucieleśnia Dobro, a kto Zło? Czy nie będzie przypadkiem tak, że sam ten trampkarz będzie wybierał kandydatów na Zło, a potem on będzie Dobrem? To znaczy będzie dobrem ich zwyciężał?

A co ksiądz proboszcz na to – zapytał Król Ambroży niespodzianie

Ksiądz proboszcz niewiele miał do powiedzenia w sprawie, więc cały czas milcząc, wyjadał kanapki z talerza i już prawie nic nie zostało. Jak miał wziąć ostatnią, usłyszał pytanie Króla o zwycięstwie Dobra nad Złem i zrobiło mu się dobrze. Tym bardziej, że widział przez okno, jak Disneje wiwatami świętowali wybór Domnallda w Trampkach na prezydenta i na katechona jednocześnie.

Przeczuwając, że niedługo zaczną się poszukiwania Antychrysta, powiedział tylko przezornie - to my już pójdziemy.

No i poszli.

Król Ambroży zamyślił się głęboko. Antychrystem się nie czuł, ale czuł przez skórę, że może nim zostać każdy, kto się nie spodoba Katechonowi i idącemu za nim orszakowi czyścicieli.


 

Bo zasady moralności określał Katechon, nie jakieś święte księgi, a i sposoby walki z niemoralnością także wyznaczał Katechon.

 Dziki tłum wiwatował na cześć Katechona i wojen, które wywoływał to tu, to tam. I które potem wygrywał raz po raz. Dla dobra sprawy, czyli dla Dobra

Ksiądz proboszcz zaś zamknął się i czekał. Dokładnie nie wiedział na co, ale czekał. Ksiądz profesor zaś zamyślił się równie głęboko jak król i doszedł do wniosku, że chyba nie doczytał i nie domyślił. I nawet mu było trochę wstyd.

Ale tylko trochę.

Bo nie pomyślał o tym, że nie po to przed trzynastoma miliardami lat Bóg stworzył WSZYSTKO dla człowieka, żeby teraz, ni z tego, ni z owego, choćby jakiegoś grzechu, z tego WSZYSTKIEGO zrobić NIC, po kilku tysiącach lat zaledwie ludzkiej egzystencji.

 

 

 

 


niedziela, 8 lutego 2026

Bajka o nadejściu Antychrysta

 


Bogobojna ludność Domlandii wyznawała tę samą religię co jej władca, król Ambroży, bo w tych czasach inaczej nie można było. Postanowiono bowiem, gdzieś tam, że czyj kraj, tego religia. A ponieważ królewska rodzina od wieków była katolicka, to i poddani musieli być katoliccy. Niewiele to dla nich znaczyło, jako że mało kto umiał czytać, a i świętych ksiąg było jak na lekarstwo, czyli dwie: jedna u księdza, druga u króla. Na dodatek pilnowano ich jak źrenicy Oka Boga, więc nikt ich z pospólstwa nawet nie oglądał, choćby z oddali.

 

Jednak każdy czuł, ze Oko Boga widzi wszystko i w każdej mysiej dziurze, a to czucie co niedziela wzmacniał ksiądz proboszcz w głośnych kazaniach, nacechowanych groźbami pod adresem grzeszników, czyli najbardziej tych, którzy ociągali się z płatnościami na rzecz plebanii.

 

Domlandczycy mieli ciężkie życie. Niedojadali, niedosypiali, nie domywali się (to znaczy myli się, ale raz w roku), nie buntowali, ale za to przepijali co dostali i płodzili dużo dzieci na chwałę pana jednego i drugiego, bo od tego zależała pomyślność dworu i kościoła.

 

I chociaż ich życie było takie ciężkie, że nam dzisiejszym to by się wcale nie chciało w takim życiu brać udziału, to oni bardzo chcieli żyć. I robili wszystko, by żyć i przeżyć. A ksiądz o tym dobrze wiedział. Nie wiadomo tylko czy dlatego, czy jednak mimo tego, co jakiś czas straszył swoje owieczki „apokalipsą i nadejściem Antychrysta”.

To trzywyrazowe coś miało być tak straszne, że za każdym razem jak ksiądz ich straszył, że już za chwilę, już za momencik, bo wciąż grzeszą i się nie poprawiają, nadejdzie to coś straszne, najstraszniejsze, to oni prawie umierali ze strachu, ale potem, wbrew wszystkiemu,  jeszcze bardziej chcieli żyć w tym swoim dziadostwie.

A najstraszniejszym miał być Antychryst z rogami, który każdego po kolei grzesznika na te rogi nabije i w ogień wieczny wrzuci.

I tam się będą w smole smażyć na wieki wieków amen

 

Słysząc to biedne chłopy i biedne baby stawały się jeszcze biedniejsze, bo zastraszone prawie na śmierć. A i tak chęć życia w nich zwyciężała.

 

No i tak to trwało, i trwało, straszyło i straszyło, a potworny Antychryst jak nie przychodził, tak nie przychodził. Z pokolenia na pokolenie nie przychodził. A tych pokoleń było ogromnie dużo, bo były krótsze niż dzisiaj.

I jak on tak nie przychodził chyba przez tysiąc pokoleń, to ludzie przestali wierzyć, że on przyjdzie kiedykolwiek. Ba, zaczynali wątpić, czy on tak naprawdę istnieje.

Oczywiście w diabły i anioły każdy wierzył, bo one jak kury w każdy kąt gospodarstwa właziły i ich działanie każdy na co dzień widział. Lepsze lub  gorsze, ale kto by się nad tym zastanawiał. Tak zawsze było, to musi tak być. A było tych aniołów i diabłów na kopy. Ale takie swoje były.

 

Ale jakiś Antychryst!? Jeden na wszystkich?!  No może nie jeden, bo z tą Apokalipsą.

Ale i tak nie za bardzo wierzyli. To znaczy, coraz mniej wierzyli.

I ksiądz proboszcz zaczął mieć problem z tą niewiarą.

 

Coś trzeba było zrobić, bo nie wypadało, żeby się ludzie nie bali. Jak się przestaną bać Antychrysta, to tym łatwiej będzie im się przestać bać proboszcza, biskupa, a nawet samego Najjaśniejszego króla Ambrożego.

Nie może tak być.

Więc ksiądz proboszcz w te pędy zaw wybrał się na audiencję do króla, żeby ten coś poradził. A że sam nie był zbyt biegły w iłościach Księgi, jako że i czytał nie za bardzo, i na co dzień wolał się zajmować finansami, poprosił o pomoc znanego w środowisku ludzi wierzących znawcę Księgi i wszelakich objawień, księdza doktora Roberto Violinistę nazywanego także Sacrae Theologiae Professor. On umiał wyjaśnić każde zjawisko nadprzyrodzone, a każde związane z nim objawienie miał w małym paluszku. Bo objawienia, a szczególnie związane z nimi cuda,  były jeszcze jedynym, ostatnim elementem konsolidacji ludu wierzącego. Z naciskiem na słowo „ludu”.

 

Król akurat był po roku wprowadzania reform, które miały uczynić państwo nowoczesnym i po drugim roku, w którym te reformy odkręcał, bo tak się tą nowoczesnością zadławił, że groziło to (zadławienie) paraliżem zarówno króla jako Urzędu, jak i samej Domlandii.

 

Słucham was przedstawiciele niebios - zagaił dostojnie Król Ambroży, kiedy obaj, po złożeniu hołdów, pocałowali jego królewską dłoń. Akurat  ksiądz profesor dziwnie zakaszlał, jakby połknął królewski pierścień, ale mu zaraz przeszło i wyprostował się godnie.

 

Cóż to was, ludzi świętych (tu lekko się uśmiechnął), sprowadza w moje cywilne, grzeszne progi – zapytał Król Ambroży. Czyżbyście przyszli zawrzeć sojusz tronu z ołtarzem? Przecież to zawsze wam szkodzi. Nie wiecie o tym?

Wiemy, wiemy dobrze – zaczął proboszcz, ale teraz nie mamy innego wyjścia, jak prosić o pomoc. A to niby z jakiej przyczyny – zapytał zdziwiony Król, który, jak do tej pory, też wychodził na tych sojuszach jak Zabłocki na mydle.

 

Ano z takiej, Najjaśniejszy Panie, że ludzie coraz mniej się boją. Grzechu się nie boją, kary się nie boją, nawet śmierci się nie za bardzo boją. Ba, nawet przestali się bać przyjścia Antychrysta, którym ich straszę, a to bardzo źle rokuje – wypalił proboszcz. Może więc jakąś wojnę by zacząć, albo coś podpalić? – kontynuował niezrażony coraz bardziej ponurą miną Króla Ambrożego. Wiadomo, że na wojnie to wszyscy się boją i nawet niedowiarki zaczynają wierzyć.

Co to, to nie – wypalił zezłoszczony do spodu Król. Radźcie sobie sami z Antychrystami.

 

I tu do dyskusji włączył się ksiądz profesor.

Najjaśniejszy Panie – powiedział łagodnie. Może jednak warto przemyśleć sprawę. Niech Najjaśniejszy spojrzy przez granicę, na sąsiedni Disnejland, odwiecznego sąsiada Domlandii. Stamtąd zacznie się niedługo nowe, które niebawem rozszerzy się na cały świat, a więc i królestwu waszej Wysokości nie ujdzie na sucho.

Na słowo Disnejland Król lekko się skurczył, pomny złych doświadczeń z jego królem Domnalldem Pierwszym, zwanym Piegusem. Ale za chwilę wyprowadził na twarz dyplomatyczny uśmiech.

 

A cóż to niby ma się dziać w tym Disnejlendzie, naszym – jak mówicie -  od wieków sąsiedzie? – zapytał. Jak tak patrzę poza słupy graniczne, to tylko narastający chaos tam widzę i bardak, większy z dnia na dzień. Owoce nowoczesności, psia ich mać. Lewactwo i nieróbstwo – podsumował.

 

Ale ta nowoczesność Disnejlandu zaowocowała w nim demokracją, najjaśniejszy panie – powiedział ni to z obrzydzeniem, ni to z dumą, ksiądz profesor. A po abdykacji ze względu na wiek, bo gadał od rzeczy, ostatniego króla Disnejlendu, Domnallda Pierwszego, zwanego Piegusem, tak nielubianego przez Waszą Wysokość, rozpisano wybory na przywódcę państwa.

 

No i co z tego – wzruszył ramionami Król Ambroży. Co to wszystko ma i do mnie, i do tego Antychrysta, którym chcecie straszyć moich poddanych?

Wiele ma, Najjśniejszy Panie. Wiele. Zaraz to wyłuszczę – rzekł ksiądz profesor.

 

Lat temu pięćdziesiąt, jak byłem na wygnaniu w Rzymie, spotkałem zakonnika z Disnejlandu, wielce świętego człowieka, który mi powiedział, że jak upłynie pół wieku, to w Disnejlandzie zacznie panować nowy, wielki władca. Będzie on przysłanym z niebios katechonem, który pokona Antychrysta. Aby udowodnić przyszłym pokoleniom, że on to wiedział i przepowiedział, wyrył i wypalił nazwisko tego przyszłego władcy na jednej z cegieł, którymi zamurowano święte drzwi. Jak minęło pół wieku i te drzwi ponownie otwierano, a robiono to w mojej obecności, znalazłem tę cegłę z wypalonym nazwiskiem władcy sąsiedniej krainy.

 

No i jakie to nazwisko? – zapytał król Ambroży.

Nie mogę, najjaśniejszy Panie zdradzić tej tajemnicy przed wyborami, bo byłaby to niedozwolona ingerencja w proces wyborczy.

Królowi nie możesz, Wasza Świątobliwość, powiedzieć?  - zdenerwował się król Ambroży. To po coście tu przyszli? Mnie chcecie straszyć? Wiecie, że mogę zastosować środki przymusu bezpośredniego? Albo skonfiskować wam plebanię! Albo zabrać kucharkę! No, mówić i to już!

 

Ksiądz profesor, lekko przestraszony, przysunął się do króla i wyszeptał: nowym władcą, wg proroka, ma być kolejny Domnalld, który od jego ulubionego obuwia nazwany będzie Domnalldem w Trampkach Pierwszym. Ale trampki nosi złote, jak na władcę królestwa przystało – dodał usprawiedliwiając ten sportowy but.

 

Przecież już mieliśmy Domnallda Pierwszego, to ten znowu będzie pierwszym? Niby jak? – zdziwił się król. No tak, najjaśniejszy panie – tamten był Domnalldem Pierwszym, zwanym Piegusem, a ten będzie Domnalldem w Trampkach Pierwszym, zwanym Trampkiem.

 

Acha, westchnął nie przekonany Król Ambroży. I co? I on ma być tym katechonem? - zapytał zły już całkiem. I może od razu królem?

Królem to nie – odparł ksiądz profesor. On będzie praesidens , co znaczy „zasiadający na czele”.

 

Na czele czego – zapytał przytomnie Król Ambroży. Ano na czele Disnejlendu – wydukał ksiądz profesor. A to ci heca – zawołał Ambroży. Na czele Disnejlendu? A co on na tym czele będzie robił?

 

On będzie przewodził walce Disnejów z wszelakimi objawami zwiastującymi nadejście Antychrysta, tak do Disnejlendu jak i królestw sąsiednich. Jak i walce z samym Antychrystem, jeśli się pojawi – wyjaśnił dogłębnie ksiądz profesor.

 

To ten Antychryst w końcu ma przyjść czy nie? – zapytał król. Chcecie nim straszyć, zawracacie mi głowę, a teraz słyszę, że nie on przychodzi, tylko jego pogromca.

 

Kiedy on ma przyjść i gdzie, tego nikt nie wie Bo może tak być, że on już tu jest od dawna – wyszeptał przestraszony ksiądz profesor.

 

No to dlaczego straszycie u licha moich i tak wystraszonych już ludzi, że on przyjdzie,  jak on może jest? A jak jest, to jakoś go nie widać, jakoś dziwnie nic się nie dzieje - wyrzucił z siebie Król.

 

To po co by przychodził z nieba katechon Domnalld w Trampkach Pierwszy, gdyby nie było Antychrysta? Więc albo już jest od dawna, albo przyjdzie w ślad za katechonem. I zacznie się ogromna wojna - zakończył ksiądz profesor.

 

To on wojnę zacznie czy zakończy, ten katechon? - zapytał Król

On najpierw znajdzie Antychrysta, co może nie być proste, bo Antychryst może być zbiorowy i wszdzie, a jak już znajdzie, to mu wyda wojnę i w tej wojnie go pokona – zakończył wywód ksiądz profesor.

 

Acha, a potem dostanie order i nagrodę za zakończenie tej wojny, którą sam wywołał, tak? - zdziwił się król.

No tak, ale inaczej być nie może. Żeby zwyciężyć Antychrysta, musi być wojna. A jak zwyciężyć, kiedy wojny nie ma? Trzeba wywołać wojnę. Ale po wojnie nie będzie Antychrysta. I będzie wielkie zwycięstwo Dobra nad Złem.

 

Taaak? - zdziwił się wyjątkowo głośno Król Ambroży. Dobra nad Złem? A niby kto ucieleśnia Dobro, a kto Zło? Czy nie będzie przypadkiem tak, że sam ten trampkarz będzie wybierał kandydatów na Zło, a potem on będzie Dobrem? To znaczy będzie dobrem ich zwyciężał?

 

A co ksiądz proboszcz na to – zapytał Król Ambroży niespodzianie

 

Ksiądz proboszcz niewiele miał do powiedzenia w sprawie, więc cały czas milcząc, wyjadał kanapki z talerza i już prawie nic nie zostało. Jak miał wziąć ostatnią, usłyszał pytanie Króla o zwycięstwie Dobra nad Złem i zrobiło mu się dobrze. Tym bardziej, że widział przez okno, jak Disneje wiwatami świętowali wybór Domnallda w Trampkach na prezydenta i na katechona jednocześnie.

Przeczuwając, że niedługo zaczną się poszukiwania Antychrysta, powiedział tylko przezornie - to my już pójdziemy.

 

No i poszli.

Król Ambroży zamyślił się głęboko. Antychrystem się nie czuł, ale czuł przez skórę, że może nim zostać każdy, kto się nie spodoba Katechonowi i idącemu za nim orszakowi czyścicieli.

Bo zasady moralności określał Katechon, nie jakieś święte księgi, a i sposoby walki z niemoralnością także wyznaczał Katechon.

 

Dziki tłum wiwatował na cześć Katechona i wojen, które wywoływał to tu, to tam. I które potem wygrywał raz po raz. Dla dobra sprawy, czyli dla Dobra

 

Ksiądz proboszcz zaś zamknął się i czekał. Dokładnie nie wiedział na co, ale czekał. Ksiądz profesor zaś zamyślił się równie głęboko jak król i doszedł do wniosku, że chyba nie doczytał i nie domyślił. I nawet mu było trochę wstyd.

Ale tylko trochę.

Bo nie pomyślał o tym, że nie po to przed trzynastoma miliardami lat Bóg stworzył WSZYSTKO dla człowieka, żeby teraz, ni z tego, ni z owego, choćby jakiegoś grzechu, z tego WSZYSTKIEGO zrobić NIC, po kilku tysiącach lat zaledwie ludzkiej egzystencji.

 

 

 

 

środa, 7 stycznia 2026

Prawdziwa bajka o hołdzie trzech króli

 

Prawdziwa scena z wizyty trzech króli u Heroda - zdjęcie Jurek Szmalhofer 

 

Gdzieś tam, daleko od Izraela, na nędznych pozostałościach wielkiej świetności Babilonu i Ur Haldejskiego, nadal tliło się życie. I to zwyczajne, i to duchowe, a nawet to umysłowe.

Sam Babilon był już tylko cieniem swojej dawnej świetności i potęgi. Zburzone przed setkami lat ziguratty, rozsypujące się mury, piasek zasypujący pozostałości po wiszących ogrodach, i jego mieszkańcy, w których nic nie pozostało z dawnej pychy, jaką widzieli w nich przesiedleni tam sześćset lat wcześniej mieszkańcy Jerozolimy w liczbie niecałych pięciu tysięcy.

 

Tak. Pycha, bałwochwalstwo, zepsucie, prześladowanie sprawiedliwych, niewierność Bogu – te cechy Babilończyków wryły się w pamięć Izraela.

Mimo tego antycznego dziadostwa, którym były pozostałości dawnej świetności, trwał Wielki Babilon w kulturze i religii Izraela przez kolejne pół tysiąca lat, zapisany w świętych księgach i powtarzany w słowach, które były ostrzeżeniami  przed złem, upadkiem, zepsuciem, pogaństwem i niewiarą w Boga Jedynego.

 

A potem narodził się Jezus.

 

Trzej magowie, nieliczni już spośród tysięcy jakich kiedyś wydała Babilonia, spotkali się na miejscowym bazarze, będącym, jak wszystko w okolicy, jedynie marną reminiscencją bazarów z okresu świetności miasta.

Ale nawet magowie muszą jeść w chwilach gdy nie badają nieba, nie zajmują się astrologią i przepowiadaniem przyszłości.

Ci trzej akurat spotkali się zupełnie przypadkiem, co nie było dziwne, gdy się wiedziało, że uważali Przypadek za jednego z bogów rządzących światem.

Jeden przyszedł kupić trochę zieleniny, podpłomyki i trochę mięsa. Drugi podobnie. A trzeci, przypadkiem, dokładnie tak samo. Przekazy ni mówią tylko, czy kupowali te same ilości każdego produktu, nie jest to jednak istotne dla naszej opowieści.

 

Magowie znali się dobrze, choć widywali bardzo rzadko. Zamknięci w swoich wieżach astronomicznych nie spali nocami, a za to dużo spali w dzień.

Jednak ostatnia noc była inna od innych. Każdy z nich, a pewnie i każdy z nielicznych już mieszkańców Babilonu, mógł zobaczyć na niebie, jeśli nie zasnął, niewidziane nigdy zjawisko. Niedługo po północy na zachodniej części nieba pojawiła się wielka gwiazda. Nie dość, że była wielka, to jeszcze zachowywała się dziwnie. Dało się zauważyć, że wykonuje wirowy, spiralny ruch wokół jakiegoś środka ciężkości. Co więcej, wydawało się, że pochłania inne gwiazdy, znajdujące się w jej pobliżu, a te, których nie pochłonęła, tracą swój blask, jakby się wstydziły świecić zbyt jasno w jej obecności.

Zauważyli także, że z nieba zaczęły spadać jakieś dziwne płatki, jakby śnieg, który nigdy w Babilonie nie padał, albo płatki kwiatów, które kiedyś rosły w wiszących ogrodach, których także nie było od dawna.

Na dodatek widzieli, że ich skóra ich dłoni zmieniała kolor. Raz była żółta, raz fioletowa, a jeszcze zielona.

 

Wszyscy trzej magowie zarejestrowali to przedziwne zjawisko i nie mogli w dzień usnąć. Stąd ich obecność na bazarze. A jak już się spotkali, to każdy wyczuł okazję do przedyskutowania przyczyn i konsekwencji zaobserwowanej anomalii.

 

No i jak tam, szanowni królowie minęła wam noc? -  zapytał jeden z magów imieniem Melchior, który słowa król użył nie przez pomyłkę, jako że tak do siebie mówili, gdy byli we własnym gronie. W końcu byli panami wiedzy wszelakiej, takiej, jakiej nie mieli nawet królowie ziemscy, więc to określenie należało im się, jak psu kość.

 

No, coś się stało wielkiego – odpowiedział ostrożnie drugi mag, którego nazwiemy na potrzeby tej bajki królem Kacprem.

Rzeczywiście, coś przekraczającego wyobraźnię. Jak żyję, nic takiego nie widziałem – skwitował mag trzeci, czyli król Baltazar.

 

Musimy to przebadać. Nie można sprawy zostawić samej sobie – odrzekł Melchior. Myślę, ze obaj zgodzicie się z jednym: musiał się narodzić ktoś bardzo ważny. Wszystko wskazuje, że to w Rzymie.

A mnie się wydaje, że coś bliżej – rzekł Kacper. Jakby w Rzymie, toby gwiazda była nad samym zachodnim horyzontem. A była wysoko, jakby wskazywała na Liban albo Izrael.

 Ustalmy tak – odezwał się Baltazar. Niech każdy idzie do siebie przeszukać stare księgi i jak coś znajdziemy, to pasuje się nam wybrać do tego kogoś z hołdem. Widzicie wokół to dziadostwo, te ruiny cywilizacji. Tu dalej żyć się nie da. Może tam przygarnie nas jakiś nowy władca?

Ale żeby, to musimy mu zanieść jakieś dary – odezwał się Kacper. Z pustymi rękami nie pójdziemy.

 

Ja mam trochę złotych dukatów – odezwał się Melchior. Zostały po moich przodkach, jak handlowali z Żydami w Babilonie, więc je wezmę.

A ja bym pojechał z mirrą. Mam ją po mojej świętej pamięci matce położnej, Panie świeć nad jej duszą.

No to ja zabiorę kadzidło – rzekła Kasper. Moja rodzina ma plantację kadzidłowców Boswellia Serrata. Wybiorę się tam jutro, odgonię węże fruwające, srogie, które pilnują plantacji i nazbieram koszyczek żywicy. A cynamon, goździk,, lawendę jaśmin, palo santo i inne zioła dokupię tu na bazarze.

 

No to wiemy, co robić – radośnie wykrzyknął Baltazar. Tylko skąd weźmiemy wielbłądy? Tu zafrasowali się w trójkę. Wielbłąd to środek transportu drogi, a ich stać było co najwyżej na osły. Ale królowie na osłach? Nie wypada.

 

Przeszukajmy stare księgi, a wielbłądy zostawmy opatrzności – skwitował Kacper.

Jak powiedzieli, tak zrobili

 

Spotkali się po czterech dniach. Każdy wiedział po trochu, ale najwięcej Kacper. Znalazł mianowicie stare żydowskie papirusy, na których spisywali swoje święte księgi, może i Torę, jak siedzieli na delegacji w Babilonie, i tam znalazł przepowiednię, że ma się narodzić król żydowski niedaleko Jerozolimy. Ówczesny żydowski prorok Baalam napisał przed laty: Wschodzi gwiazda z Jakuba z Izraela podnosi  się berło

 

No to jedziemy do Izrala, panowie – rzekł wyłuszczywszy im całą sprawę.

O, wielbłądy także mamy – Kacper wskazał na trzy zwierzęta, przywiązane koło jego pracowni. To zapewne Bóg Przypadek je tu dla nas przywiódł.

Zabrali każdy po jednym pieszym służącym, na osły zapakowali bagaże i ruszyli.

 

Jechali, i jechali, i jechali i jechali, a ich służba szła, i szła, i szła. Nie będziemy tu omawiali wszystkich przygód, jakie ich po drodze spotkały, a były to przygody i niebezpieczne – wszak zbójców na drogach było mnóstwo, i śmieszne, i straszne, jako że za nimi pociągnęły wszystkie strachy i zmory Babilonu, którym dopiero Jordan zagrodził drogę i musiały zawrócić.

 

Jak tak jechali i szli, to nawet czasu nie liczyli dokładnie, ale jechali prawie rok, a szli też prawie rok cały, ale tym co szli, wydawało się, ze już minęły dwa lata. Wyruszyli cztery dni po gwieździe, minęła zima, wiosna, straszliwie gorące lato, jesień i znowu nastała zima, a oni wciąż jechali. Służbie, która szła, musieli kupić trzecią par butów, i po  nowym turbanie, bo stare spaliło słońce pustyni.

 

Jak dojechali do Jerozolimy, był początek zimy. Zimno było jak… nie wiem co. Nawet sadzawka Siloe zamarzła i pobożni Żydzi nie mieli gdzie robić swoich rytualnych kąpieli, więc wszyscy zgromadzili się przy wielkim murze ściany zachodniej Świątyni i lamentowali do Boga, prosząc o niezmienianie klimatu, który, jak dotychczas, był łagodny i przyjemny.

No i co z tego, że z Góry Oliwnej dzieci zjeżdżały na sankach, jak powinny siedzieć w chederach i uczyć się na pamięć świętych wersetów.

 

Wjechali do miasta przez Bramę Gnojną i natychmiast wszyscy zaczęli płakać. Służba także. To po to, że nie chcieli się wyróżniać z tłumu płaczących Żydów. Jak już otarli łzy, zapytali przygodnych pielgrzymów «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę2 na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon».

 

Mędrcy czy też magowie nie byli dyplomatami i nie przyszło im do głowy sprawdzić wcześniej, jak wygląda sytuacja społeczno polityczna w państwie Heroda.

Na szczęście. Bo jakby się zapytali, to by do Jerozolimy nie przyjechali, a może wcale nigdzie by nie wyruszyli.

Nie wiedzieli biedacy, że Herod wszystkich pretendentów do tronu skracał o głowę. Tak uczynił ze swoimi kilkoma synami, tak zrobił z jedną z licznych żon, a swoją matkę to nawet zagłodził na śmierć.

A tak w swojej niewiedzy pytali przygodnych jerozolimczyków o następcę miłościwie (albo i nie) panującego im Heroda.

Tajne służby króla, które czuwały  dzień i noc, doniosły Herodowi o tych dziwakach, którzy przybyli ze świata i chcą oddać pokłon następcy Jaśnie Pa….. Nie skończył, bo ucięto mu głowę.

Herod przeraził się po tej wieści wraz z całą Jerozolimą, co by to nie miało znaczyć,  i zawezwał do siebie wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Skubany, przeczuł, że chodzi o Mesjasza, a nie żadnego króla, ale to tylko zwiększyło jego trwogę.

 

Pytani przez Heroda arcykapłani, po krótkiej naradzie,  odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok:

A ty, Betlejem, ziemio Judy,
nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy,
albowiem z ciebie wyjdzie władca,
który będzie pasterzem ludu mego, Izraela»

Boże moich przodków, jęknął Herod, kiedy to usłyszał, nie pozwolę na to.


Jak już wszyscy wyszli i został sam, zawezwał kolejnego tajniaka i rzekł mu: Przywołaj mi tu mędrców, ale tak, by nikt nie wiedział.

 

Jako że należał do elity intelektualnej – pomimo swoich morderstw – przywitał ich na wzór Nerona poezją:

 

Witajcie mi, królowie, mędrcy nauk wschodu.

Dla jakiej to idei tyle aż zachodu

Z waszej strony, poświęceń w drodze po pustyni?

A te dary to dla mnie? Nikt przecież nie czyni

 

Takich wypraw dla sprawy błahej. Więc wy po co

Jak za gwiazdą jedziecie tutaj dniem i nocą?

 

Niezrażeni królowie, także elita intelektualna, choć z podupadłego kraju, odpowiedzieli równie pięknie

 

Król Melchior

Wybacz królu, lecz dary nie tobie wieziemy

Z nimi do króla Niebios z gwiazdą wędrujemy.

 

Król Kacper

Jak mówią święte księgi, Pan Nieba i Ziemi

Ma się tutaj narodzić, pomiędzy swojemi,

By swe władztwo rozciągnąć już po wszystkie lata

Na ludzi, których kocha, z calutkiego świata.

 

Król Baltazar

Wpadliśmy tu do ciebie, by o drogę spytać.

A może razem z nami, chcesz go, królu, witać?

Że on większy od ciebie, nie warto się zżymać,

A czasy są niepewne i z nim warto trzymać.

 

Herod z pełną dostojeństwa powagą odpowiedział:

 

Herod

Dziękuję Wam, o Mędrcy, sam mu dary złożę.

Że on większy ode mnie, wcale się nie srożę.

Ja swoją małość przecież widzę doskonale.

Jedźcie więc.

 

Na boku:

Ja zadziałem tak jak w kryminale.

 

Ale przechodząc do sprawy, o której, choć nie zawsze jest prozaiczna, lepiej mówić prozą, zapytam: to kiedy ukazała się wam ta gwiazda. Ano będzie już rok temu – odparł Kacper. Aha – zadumał się Herod. Szkoda, że tak zwlekaliście. Sprawa prawie się przedawniła. Ale dam radę.

 

Na koniec audiencji powiem tak: «Udajcie się do Betlejem, bo tam ma się narodzić i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon».

 

Królowie, wysłuchawszy króla, ruszyli niezwłocznie w drogę. Gdzieś na zboczu góry, spotkali pasterzy, który, oszołomieni wizją nowego świata, który na nich czeka, od roku nic nie robili, tylko czekali. A nawet pomyśleli,  czy by nie zubożyć ciut bogatych wędrowców, idących mimo. Ale nie zubożyli

 

Niespodzianie  gwiazda, której nie widzieli od Babilonu, pojawiła się przed nimi i słowami Anioła rzekła:

Mędrcy świata, Monarchowie! Gdzie spiesznie dążycie!

Powiedzcież nam trzej królowie, chcecie wiedzieć Dziecię?

Ono w żłobie, nie ma tronu, i berła nie dzierży.

A proroctwo Jego zgonu już się w świecie szerzy.

Mędrcy świata, złość okrutna Dziecię prześladuje.

Wieść to smutna, wieść okrutna, Herod spisek knuje.

Nic monarchów nie odstrasza. Do Betlejem śpieszą.

Gwiazda Zbawcę im ogłasza, Nadzieją się cieszą.

 

I ta gwiazda szła przed nimi i zatrzymała się przed domem w Betlejem. To tu? Zapytali chórem zdumieni Mędrcy. Miało być w Żłobie. Było, ale rok temu. To wasza wina, że tak się guzdraliście. Teraz mieszka w domu.

Weszli do wskazanego im domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę.

 

Król Melchior zwracając się do Maryi, rzekł:

O Pani, któraś dzisiaj porodziła syna

I w swojej służebności tulisz Boże dziecię,

Wiedz, że nikt ponad Ciebie! Że nikt na tym świecie

Nie będzie bliżej Boga. Tyś jemu jedyna.

 

Dzisiaj pokłony składam twojemu synowi

Bo on królem nad króle. Tron weźmie Dawida

By panować na wieki. I nie jest to zwida,

Że chce drogę do Boga wytyczyć ludowi.

 

Przyjmij złoto dla Syna. Choć nie złoto czyni

Królem, to splendor daje mu w oczach narodu.

I kup chleba, by przy nim nikt nie cierpiał głodu,

Zanim chleb swój rozmnoży.

 

Król Baltazarzaś powiedział:

Ja ci mirrę przywożę, która daje zdrowie

Do życia, więc żyj długo, byś spełnił posłanie,

A gdy w ostatnią drogę dadzą przykazanie

Iść, to niech aniołowie przyniosą ją tobie.

 

Król Kacper nieco odleciał wraz kadzidłem, które ofiarował:

A ja kadzidło niosę. Z drzew Boswellia serata,

Których węże pilnują fruwające, wrogie.

Bo ono jest dla bogów. A tyś przecież Bogiem.

Pomoże w medytacji nad losami świata.

 

Niech ono cię unosi ponad ziemskie sprawy,

I niech umysł twój czyni jasnym i widzącym,

Abyś umiał zrozumieć cierpienia dręczące

Ludzi i mógł je sądzić mądrze i łaskawie.

 

Maryja im odpowiedziała

Z serca wam dziękujemy szlachetni królowie.

O waszym poświęceniu cały świat się dowie.

 

Potem długo trwały serdeczne rozmowy, królowie opowiadali o drodze, którą przebyli, Maryja mówiła o Nazarecie i Duchu świętym, nawet mały, roczny Jezusek, próbował o czymś im powiedzieć, ale jeszcze nie mówił zbyt dobrze, więc tylko się uśmiechał i im błogosławił.

Tylko Józef przez całą audiencję nie odezwał się ani słowem, bo taki był milczek.

 

Gdy już wszyscy mieli dosyć gadania, Królowie oddali na pożegnanie  hołd Jezusowi.

 

Król Melchior

O Panie, władco przyszły świata widzialnego,

I niebios, i duchowych ostępów wiecznego:

Tobie hołd oddajemy, twej boskiej wielkości

A imię twe na ziemi nich na zawsze gości.

 

Król Kacper

Niech ci pokłon oddają mędrcy i pasterze,

Z imieniem twym na ustach niech każdy trwa w wierze,

Że mądrość jest dla wszystkich, i miłość, i wiara,

I nadzieja.

 

Tu wtrącił się Anioł,

Lecz głupim nagrodą jest kara.

 

Król Baltazar

Teraz już odjeżdżamy w Arabii pustynie

By głosić twoje imię, które nie zaginie

W piaskach i ludzkich duszach dopóki ci ludzie

Niebiosa będą wznosić tu na ziemi, w trudzie.

 

Król Kacper

A jak zwiędną twe prawa, bo w dusze nie wrosły,

Przyjdą tu ludzie wściekli jak pustynne osły,

I resztkę praw, zieleni uschniętej, zwiędniętej,

Rozdepczą i skalają w ziemi już nie świętej.

 

No i koniec. Wizyta skończona. Fakt faktem, nie od razu odjechali w Arabii pustynie, lecz poszli spać do gospody. Tam otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny.

Prawdopodobnie jechali przez  ziemię Lechitów, gdzie na zawsze została o nich pamięć i gdzie co roku na ulice miast i wsi wychodzą barwne orszaki Trzech Króli, w których mało kto tak naprawdę zna Prawdę.

I po to jest ta bajka.