wtorek, 22 października 2019

Bajka o Ósmym Miasteczku, zeszycie w kratkę i Matematyce.





Natalia nie lubiła Matematyki. Nie lubiła także zeszytów w kratkę, w których wpisywało się słupki z liczbami, a na dole, pod kreską , wyniki żmudnych obliczeń tych słupków. Wszyscy dorośli myśleli, że kratki zeszytu do Matematyki były w sam raz do tego, by w nie wpisywać liczby. Kratki były po to, żeby liczby nie wchodziły na siebie i żeby sobie wzajemnie nie przeszkadzały. Dorośli byli bardzo dumni z siebie i ze swojego wynalazku, kratkowanego zeszytu dla Matematyki. Natalia wcale jednak nie podzielała ich dobrego samopoczucia. Dla niej zeszyt w kratkę, gdy tylko do niego popatrzyła, zapełniony był przeróżnymi dziwnymi rzeczami, które zastępowały liczby w krateczkach. Były tam domy i zwierzęta, i ludzie, i książki, i słońca, i księżyce. Na kartach zeszytu do matematyki żyło całe Miasteczko. Gdy Natalia miała dobry humor, bo nie musiała wpisywać liczb do kratek, opowiadała Mamie o tym Miasteczku, w zeszycie w kratkę. A było tak;

Za górami, za lasami, za siedmioma miasteczkami, w kraju, w którym rano zrodzone, spełniają się marzenia dzieci, było sobie Ósme Miasteczko. Było tak różne od siedmiu poprzednich miasteczek, jak królewna Śnieżka jest różna od siedmiu krasnoludków.
To Ósme Miasteczko było kolorowe kolorami wyjętymi ze snów dzieci, kolorami, które barwią dziecięce marzenia, kolorami niewidocznymi dla dorosłych. Ósme Miasteczko miało domki tak maleńkie, że z trudnością mieściły się w nich litery, które składają się na wyraz domek. Te maleńkie domki były zbudowane z krateczek w zeszycie dla Matematyki. Wszystkie krateczki były wypełnione kolorowymi okienkami z maleńkimi kwiateczkami, wysokimi kominami z kolorowym dymem i maleńkimi drzwiczkami, przez które wchodziło się do Tajemnicy.
Bo w każdym maleńkim domku, zbudowanym z krateczek w zeszycie dla Matematyki, mieszkała Tajemnica, którą znały tylko dzieci. Tajemnica miała miłą twarz i uśmiechnięte oczy, a w szufladach miała dużo tajemniczych jajek niespodzianek od złotych kur, które zamykała w innych kratkach.
Tajemnica była już Bardzo Starą Babcią, której dzieci były duże i pojechały sobie w świat, zostawiając Bardzo Starą Babcię samą, samiutką, jak palec. Tajemnica znała wszystkie sekrety zakamarków miasteczka i zeszytu dla Matematyki także. Umiała rozmawiać ze starym szczurem, a na strychu domku trzymała dwie stare sowy.
Gdy księżyc wisiał na niebie jak stara lampa albo pokrywa od garnka, sowy siadały na nim i wydłubywały z niego kawałek po kawałku. Dlatego był coraz mniejszy i mniejszy, aż po pewnym czasie znikał zupełnie.

W pozostałych krateczkach tego miasteczka, w których nie było domku Tajemnicy, ani trawy, ani słońca, mieszkali najdziwniejsi obywatele miasteczka (obywatel to jest taki stwór który dba o domeczki miasteczka i jego kwiateczki, mimo że nikt mu tego robić nie każe i nikt mu za to nie płaci).

Ci obywatele to byli Ciocia i Wujek, i Tata z Mamą, Pani wychowawczyni i Ksiądz od religii, i koledzy Natalii.
Słońce włożone było w górne krateczki Miasteczka, tam gdzie latały stare sowy, gdy wybierały się dziobać Księżyc.
A trawa była na samym dole kratkowanej kartki czyli na samym dole Miasteczka. Tak nisko że dotykała stołu, na którym leżała, a jej korzenie piły rozlaną na stole herbatę. Po trawie, a właściwie to prawie po stole, jechała wyzłocona kareta, a w niej dwie księżniczki, Alicja i Wiktoria.
Wiktoria w tej karecie czytała bajkę. Bajka była o maleńkim Miasteczku, które niespodziane wyrosło na Ósmej stronie zeszytu w kratkę dla Matematyki.

A wyrosło wtedy, kiedy okropna Matematyka nie pozwalała Natalii ani spać, ani się bawić, ani szyć z gałganków sukienek dla lalek, ani nawet słuchać bajek Bardzo Starej Babci, która bajek znała ogromną ilość, ale Matematyka nie pozawalała jej tych bajek dzieciom opowiadać.

I kiedy Natalia wpatrywała się po kolei w każdą krateczkę zeszytu dla Matematyki, i nie widziała w nich żadnej liczby, tylko najróżniejsze stwory, najróżniejszych ludzi i najróżniejsze rzeczy, to pomyślała, że w przyszłości zostanie budowniczym pięknych, małych miasteczek, które będą takie kolorowe, jak jej wyobraźnia, i takie przyjazne dla dzieci, jak uśmiech Mamy.

A potem pomyślała jeszcze, że to prawda, że Matematyka jest królową nauk. Wszak nauczyła ją, jak zaplanować najpiękniejsze dla dzieci Ósme Miasteczko. A potem usnęła. Z nosem w zeszycie w kratkę.

wtorek, 21 maja 2019

Bajka o bluźniercy


 Od czasów, kiedy pogański lud Domlandii został ochrzczony i zostały mu dane do wierzenia i czczenia tak prawdy wiary jak i wiary tej symbole, prawie nigdy nie zdarzyło się by jakiś Domlandczyk odważył się podnieść rękę, czy znieważyć gestem lub słowem rzeczy i prawdy dla wszystkich najświętsze.


Czy przyczyną tego była obawa, że takiemu śmiałkowi utnie się po prostu rękę lub wyrwie język, by pozbawić go narzędzi zniewagi, czy może jednak wynikało to z głębokiej wiary Domlandczyków, tego już dzisiaj nie rozstrzygniemy.

Fakt faktem, że niejakiemu Błyszczyńskiemu, który śmiał przed laty zaprzeczyć w swoim dziele istnieniu Boga, całkiem się to nie opłaciło, bo za karę „Wyprowadzono go na miejsce stracenia i okrutnie znęcano się najpierw nad jego językiem i ustami, którymi on okrutnie występował przeciw Bogu. Potem spalono jego rękę, która była narzędziem najpotworniejszego płodu, spalono także jego papiery pełne bluźnierstw i na koniec on sam, potwór, został pochłonięty przez płomienie, które miały przebłagać Boga, jeżeli w ogóle za takie bezeceństwa można Boga przebłagać”*.

Ale czas, jak to czas, płynął i choć z pozoru wszystko było tak samo, jakby nic się nie wydarzyło, to jednocześnie wszystko się zmieniało, jak ta woda w rzece, która niby ta sama, a nie ta sama.
I jak ta woda, taka sama, choć nie ta sama, także ludzie w Domlandii byli niby tacy sami jak dawniej, ale nie ci sami. Obok bogobojnych pojawili się Boga się nie bojący, a ponieważ uważali, że „idą z postępem”, nazwali się postępowcami. Nowoczesnymi. Albo zwiastującymi odrodzenie świata, jego wiosnę.

Jak to bywa w takich razach, postępowcy – a przybywało ich coraz więcej -  każde odstępstwo od tradycji chętnie kwalifikowali jako postęp dziejowy i wystawiali mu natychmiast najwyższe noty, jakby od jednej głupiej sprawy zależał los cywilizacji. Nawet jak ktoś skrzywił się, przechodząc mimo kościoła, bo go strzyknęło w kolanie, to taki gest kwalifikowano jako protest przeciwko zmurszałej tradycji.

Nieszczególnie to jednak przekonywało pozostałych obywateli, którzy może i postępu oczekiwali, ale nie oszukiwanego i artykułowanego bólem kolana. Ale do czasu.

Czekali więc postępowcy na ten czas w przyczajeniu, sami nie mając odwagi do demonstrowania – tak miłą im jeszcze była dobra opinia ogółu, niezbyt jeszcze postępowego, jak też posiadanie kompletu dłoni – licząc, że coś się jednak zdarzy, co będzie jak jutrzenka swobody albo iskra, z której rozgorzeje płomień.

No i trafiła się okazja. Przyniósł ją czas przemian, który wraz z ciepłym deszczem dobrobytu nadciągnął nad Domlandię.
Stara prawidłowość, wykorzystywana od wieków tak przez władze świeckie jak i kościelne, że jak ludziom żyje się gorzej, to są pobożniejsi i bardziej posłuszni, została zastąpiona prawidłowością nową, stanowiącą zanegowanie pierwszej. Jak ludziom żyje się lepiej, to stają się mniej pobożni. A i od władzy cywilnej więcej żądają.

Bo niespodzianie nastał złoty wiek Domlandii i złoto popłynęło do niej i jej obywateli szerokim strumieniem. A stało się to tak niespodzianie, że nie dało się tego zwalić ani na Pana Boga, który by wysłuchał modlitw wiernych o kasę, bo ci akurat modlili się o zdrowie, ani na Jaśnie Pana, który dbając o zasobność obywateli coś tam w systemie podatkowym na rzecz obywateli dobrego wykombinował – bo wszyscy wiedzieli, że jak kombinował, to dla siebie.

Fakt faktem, że jak się nie dostało od Pana Boga, to i on sam był jakby mniej potrzebny. Jaśnie Pan jeszcze jakoś się trzymał, ale i z jego autorytetem było coraz gorzej.

Ludzie, którzy jedli tylko jeden posiłek dziennie, zaczęli nagle jeść dwa, a potem nawet trzy. Jak wcześniej kurę na talerzu widzieli tylko na święta, tak teraz opychali się tanią kurzyną, nie pytając kto i jak ją hoduje.

Zresztą o nic prawie nie pytali, jako że pełny brzuch zazwyczaj wyłącza, albo przynajmniej spowalnia myślenie, a obfitość materii w życiu na pewno znieczula troskę o sprawy niematerialne.

A tak się stawało równocześnie, że Bóg Domlanczyków stawał się coraz mniej materialny, a coraz bardziej ulotny, nieobejmowalny nie tylko rękami, ale i ich małymi rozumkami, aż wreszcie – wynosząc się z kościołów, które mało kto już odwiedzał – stał się bytem zdematerializowanym, wyrzuconym nawet z ostatniej kościelnej cegły, którą kiedyś kładziono na jego cześć.

I to był ten moment, gdy wszyscy progresiści bez trwogi podnieśli głowy i kpiąco spojrzeli w oczy ostatnim, przemykającym chyłkiem pod murami, wiernym.

Nie trzeba było długo czekać, jak zaczęli się pojawiać pierwsi bluźniercy. Na początku nawet nie do końca wiedzieli, że nimi są, ale wraz z utrwalaniem się materialnej władzy ludu, ich świadomość rosła i rosła.
Jednak dla zwiększenia siły rażenia bluźnierstw potrzeba było coś extra, jakiegoś wzmacniacza bluźnierstw, przyśpieszacza negatywnego myślenia, jakiejś trucizny religijnego sumienia, w której było coraz mniej Boga, a coraz więcej materii. Nadal jeszcze niewidocznej, bo ciemnej. Ale należało wszystko zrobić, by się objawiła, wywracając do góry nogami cała prawdę Stworzenia.

Taką trucizną sumień miała się okazać sprawa czynu dość rozpowszechnionego w ościennych kulturach, a jeszcze mało praktykowanego w Domlandii – pederastii.
To taka gra pomiędzy dorosłym mężczyzną a młodym chłopcem, gra raczej seksualna i rzadko za zgodą chłopca uprawiana.
Pederaści byli najczęściej artystami i jakoś – udając oślepienie sztuką – im to wybaczano. Ale kiedy znaleziono pederastów pośród duchownych, modlących się na chwałę Boga, zrobiono taki harmider, jakby właśnie zawalił się świat. Ten świat zbudowany z materii wziętej wprost z Biblii, z tego prochu, z którego miał zostać ulepiony człowiek na wzór i podobieństwo Boga, materii widzialnej i dotykalnej, wprost od Boga.

Stało się to, co się miało stać. Poruszony do żywego, bo przecież nie przestraszony, tym harmidrem, Bóg się ukrył głęboko w zakamarkach historii i absolutnie, jak byt absolutny, przestał być obecny i widoczny dla kogokolwiek.
Stało się to dla bluźnierców najlepszym dowodem na to, że nigdy nie istniał i że wszystko co jest, stworzyła ciemna energia.
Ciemna masa dominować zaczęła jako budulec Domlandii, co sprawiło, że Domlandia stała się pierwszym miejscem na planecie, w którym ciemną masę odkryto, zlokalizowano miejscowo i zaprzęgnięto do rydwanu postępu. Ciemna masa obleczona w przykrojoną na miarę jej głupoty ciemną materię, wyglądała naprawdę postępowo.
Postęp był więc tym, co w Domlandii dominowało, co sprawiało, że wszystko w niej było postępowe.
A najbardziej postępowe było bluźnienie. Bluźnienie przeciwko temu, czego nie ma

I paradoksalnie bluźnierców było coraz więcej, mimo że coraz mniej było komu bluźnić, jako że domlandzki Bóg dematerializował się w przyśpieszonym tempie.
Na szczęście dla hord bluźnierców zachowały się nie do końca zdematerializowane wizerunki Boga, które teraz można było do woli obrażać, wyobrażając sobie, że obraża się Boga samego. A o to przecież chodziło.
Jednak z czasem nawet tych wizerunków do obrażania nie dla wszystkich starczało, więc rozpoczęto ich masową produkcję, a czy to w formie tarcz strzelniczych, a czy to w formie wycieraczek do butów, a nawet wreszcie w formie papieru toaletowego.

I zapanowała przy tym taka prawidłowość, że im było mniej Boga, tym było więcej bluźnierców, którzy temu bytowi, w który przecież nie wierzyli (co z cała mocą i wciąż, głośno deklarowali), którego nie widzieli personalnie, a wpływ na swoje życie  negowali, chcieli przyłożyć, dokopać, opluć, wyśmiać, zbrukać etc.

Doszło do tego, że na jednego upartego katolika – bo takie wierzenie dominowało w Domlandii – przypadał najpierw jeden, potem już dwóch, trzech, a wreszcie nawet czterech bluźnierców. Ciężkie, oj, ciężkie mieli życie ci bluźniercy.

Bo żeby być bluźniercą, żeby ktoś przejął się taką postawą, trzeba było znaleźć kogoś, kogo te bluźnierstwa przeciwko Bogu jeszcze obchodziły, kogo bolały zwykłym ludzkim bólem, kto zasmucił się albo  i rozgniewał. A jeszcze lepiej dla bluźniercy, gdyby rzucił w niego kamieniem. Wtedy i sława i uznanie.
No bo jak to tak, kiedy bluźnierca bluźni do bluźniercy? Ma to jakiś sens, prócz utrwalania się bluźnierców w bluźnierstwie? Ano nijaki.

Więc co rano rozbiegali się bluźniercy, by wyszukać kogoś do słuchania bluźnierstw, potem go zatrzymać, odganiając konkurencję, aż wreszcie bluźnić tak szybko, by  - opędzając się od nich – czegoś jednak wysłuchał.
Bo bluźniercy mieli cel, który usiłowali zrealizować swoim bluźnieniem. Można powiedzieć, że oni dążyli do ideału.
Ideałem dla nich byłby stan, kiedy wszyscy Domlandczycy przestaną wierzyć w Boga, ale za to będą pełnym głosem mu bluźnić.
Komu bluźnić? Tym powielanym kopiom świętych dawniej obrazów? Czy tym nielicznym księżom, oskarżonym o całe zło świata?
Dlaczego chcieli, by to nastąpiło? Dlaczego stan ten, idealny dla nich, uważali za zwycięstwo rozumu nad zabobonem?
Miałaby wtedy rozkwitnąć nauka, miłość człowieka do człowieka, niezależnie od preferencji seksualnych, równość wszystkiego ze wszystkim, a najbardziej równość dzisiaj nierównych Z tymi równiejszymi.

A najgłośniej bluźnili konwertyci na bluźnierstwo. Ci, którzy jeszcze niedawno wierzyli w Boga, ale czy to pod wpływem innych bluźnierców, czy też zachęceni czy zniechęceni brakiem  materialnych objawów Boga, czy może poruszeni pederastią jego kapłanów, chcieli szybko dołączyć do grona postępowych i krzyczeli jak można było najgłośniej. Boga nie ma, Boga nie było, Bóg to oszustwo, trzeba zlikwidować wszelkie ślady po bogu.

Niektórych od tego krzyku, od tej zajadłości, od tego kąsania, zaczęły nawet boleć zęby, a niektórym, co bardziej agresywnym wręcz wypadły, ale sztuka wprawiania nowych była już w Domlandii rozwinięta, więc mogli liczyć na ulgowe wprawienie nowych..


Dzisiaj już prawie wszyscy zajmują się bliźnieniem. Nikt już nie wierzy, nikt już nie chodzi do kościoła, a nadal wszyscy bluźnią temu bogu, pisanemu oczywiście z małej litery, którego nigdy nie było, w którego nic a nic nie wierzą, którego o nic nie proszą, od którego niczego nie oczekują, bo jak cokolwiek oczekiwać od kogoś nieistniejącego.

Nikt też się – póki co – nie zastanawia, czym tego boga zastąpić. Póki co, bo jeszcze przez chwilę nie czuje tego niewidzialnego ubytku, który, w przeciwieństwie do ubytków w uzębieniu, nie boli fizycznym bólem.

Ale kiedyś przyjdzie taki czas, że poczują w życiu wielką pustkę. Tę pustkę, której absolutnie  nie zapełni materia w nadmiarze konsumowalna, nie mająca nic z transcendencji, ani ciemna materia, która podobno wraz z ciemną energią, bez pomocy Boga, stworzyła świat, w którym im przyjdzie odbijać się od ściany do ściany, ani zaklęcia czarowników z ich przepowiedniami i gusłami, którzy zastąpili wygonionych, marudzących o jakiejś miłości księży, ani codzienny seks do późnej starości, wspomagany farmaceutycznie – wszak młodość jest wieczna, ani wreszcie wzniosłe  wzdychanie do natury, do ślimaczków i wiewiórek na majowej łace.

Najciekawsza jak zawsze będzie końcówka. Ten moment przejścia z otoczenia materii widzialnej, ukochanej do nieprzytomności, w tę materię ciemną, o której wiadomo tylko, że jest, chociaż jej nie ma.

To moment zaprzeczenia całemu swojemu bluźnierczemu życiu, powodowany strachem i tchórzostwem.
Często też jest to moment odbluźniania wszystkiego, czemu się bluźniło. Pytanie, czy tak będzie i tym razem i czy będzie się do kogo odbluźnić?


 





*relacja biskupa Andrzeja Chryzostoma Załuskiego:


 

wtorek, 17 kwietnia 2018

Bajka o Zegarmistrzu Świat(ł)a.


 Od czasu, kiedy Chronos wynalazł dla Domlandczyków zegar, upłynęło już sporo czasu. (Czytaj:    http://bajki-szachrajki.blogspot.com/2018/01/bajka-o-zegarach-ktore-zabray-ludziom.html ). Domlandia stawała się coraz bardziej nowoczesna i postępowa w szukaniu nowego, bo zegary regulujące ludziom życie, jednocześnie wymuszały na nich coraz sprawniejsze tego życia konsumowanie. A to sprawne konsumowanie życia nie byłoby możliwe bez jego unowocześniania. I tak koło się zamykało, jak pętla czasu, którą wskazówki zegara zataczały w dwanaście godzin. Czas pędził coraz szybciej, ale Domlandczykom żyło się coraz lepiej, więc nawet jak musieli szybciej chodzić, szybciej pracować i szybciej kochać, to i tak byli zadowoleni.
Zegary, ale i idee nowoczesności, które z nimi były nierozłączne, stały się eksportowym hitem Domlandii. Kupowali je władcy wszystkich królestw dookoła, bo także chcieli być postępowi i bogatsi. Kupił je też władca sąsiadującego z Domlandią Disnejlandu, Domnall Piegus.
Tak się niestety dla niego stało, że kupił i przestał być władcą. Czy związek przyczynowo skutkowy wiódł od zakupu zegara do zamachu na niego, tego z pełną odpowiedzialnością stwierdzić nie możemy, stało się jednak faktem, że królem być przestał.
Nowy władca, który swojego poprzednika obalił w zamachu stanu i sam objął dyktatorskie rządy, nazwał sam siebie „Tym Który Niesie Światło”. Co w obcych językach brzmiało jakoś tak: The One Who Carries the Light. Zresztą Disnejland też nie był już Disnejlandem. Całą przeszłość Disnejlandu Ten który Niesie Światło nazwał Ciemnością, którą dopiero on rozświetli i wywiedzie z niej Disnejów w Jasność. Więc od niedawna wszyscy Disneje żyli w kraju nazywającym się Najjaśniejszą Rzeczą na Świecie.

Część Disnejów przyjęła z entuzjazmem obietnicę wyjścia z Mroku, spodziewając się po drugiej stronie Ciemności samych przyjemnych rzeczy. Tak do końca nie wiedzieli czego, ale musiało być lepiej niż było. Inni nie za bardzo chcieli przechodzić do Światła, ale nikt ich o to nie pytał. Mieli zostać oświeceni albo spaleni. I koniec.

Po jasnej stronie rzeczywistości, w Najjaśniejszej Rzeczy na Świecie, ubogim obiecano dać królestwo w ich osobiste władanie, głodnym jedzenia w obfitości, a smutnym dobrą zabawę. Wszystkim cichym, nie czyniącym fermentu obiecano jeszcze ziemię na własność. A przynajmniej zarządzanie nią. A nade wszystko, łaknącym przez lata sprawiedliwości, obiecano Sprawiedliwość popartą Prawem, odpowiednio przykrojonym do czynienia tejże Sprawiedliwości.
Czynić się ją miało na tych, którzy w Disnejlandzie kradli i napychali kieszenie. Bo jak napisano, niedługi będzie czas, w którym będą głodować, smucić się i żałować, że był czas, gdy inni fałszywie ich chwalili, a oni uwierzyli pochlebcom i czuli się jako prorocy nadchodzącego Nowego Wspaniałego Świata.

Obiecywać łatwo. Zrealizować trudniej. Tym niemniej zabrano się do realizacji obietnic bardzo energicznie.

Ten Który Niesie Światło cały czas pozostawał w cieniu. Z tego cienia, żeby nie powiedzieć półmroku, przekazywał wybranym żołnierzom Światła kaganki oświaty, pochodnie i lampki czołówki. I nieśli je, i rozświetlali. I było coraz jaśniej.
Ale ciągle za ciemno. Jak na życzenie władcy Najjaśniejszej. Nowy Czas nadchodził zbyt wolno. Za wolno.

No właśnie. Czas nadchodził. Czy to tylko metafora pojęciowa, czy może rzeczywiście czas nadchodził? A jak nadchodził to i odchodził. A jak już się poruszał, to może mógł poruszać się szybciej lub wolniej. Ba, a może w przód albo w tył!
Dla rewolucjonisty nie ma spraw niemożliwych. A nienazwana rewolucja Światła i Sprawiedliwości działa się.

Ten Który Niesie Światło siedział w skupieniu w swojej Sali tronowej i patrzył na wielki zegar z kukułką, który nie tak dawno kupił w sąsiedniej Domlandii jego poprzednik – niech imię jego będzie zapomniane na wieki. Co godzinę kukułka wyłaziła z norki, wykrzykiwała swoje ku-ku, ku-ku i znikała. I tak godzina płynęła za godziną, a kukułka kukała, a zegar kręcił wskazówkami, a czas płynął. Chyba do przodu, co jednak nie było dla Tego Który Niesie Światło oczywiste, bo wskazówki kręciły się wokoło.
Jak to? Czas płynął? Przecież niedawno jeszcze nadchodził? A teraz płynie? I to mimo tego, że kukułki z zasady nie pływają. Na chwilę weszła sekretarka i powiedziała: Jak ten czas leci. Dopiero było śniadanie, a już zapraszam Najjaśniejszego na obiad. Chwila, chwila! To czas lata? Jak ptak? Jak kukułka? Ten Który Niesie Światło zafrasował się głęboko. A może czas także biegnie? Albo się ślimaczy? Nie, ślimaczyć się nie może. Czas musi biegnąć. Biec. Bo do Najjaśniejszej Rzeczy na Świecie jeszcze kawał drogi, a Temu Który Niesie Światło czasu pozostało nie za wiele.

Właśnie. Ile mi czasu pozostało? – pomyślał Ten Który Niesie Światło. Chyba nie za wiele. A tyle roboty do zrobienia, tyle kaganków do rozpalenia, pochodni do wetknięcia, lamp czołówek do rozdania. Ile czasu mi zostało?

A może by tak zobaczyć? Zajrzeć do środka zegara? Wywali się tą głupią kukułkę, albo przynajmniej nauczy się ją mówić po naszemu. I zacznie wolniej kukać. Zamiast trzech, kuknie dwa razy, zamiast dwunastu, osiem. Może czas będzie wtedy płynął pod prąd, biegł pod górę, szedł z wielkim ciężarem?

Zrzucił z kolan kota, który – nie umiejąc pływać – wylegiwał się w rzece czasu, wszedł na stół i ściągnął zegar za ściany. Na dół. Na stół. Trochę się bał. Ale otworzył. Nie takie rzeczy otwierał! A potem zamykał. Więc dlaczego nie miałoby się udać z jakimś głupim zegarem z kukułką?
Miał nóż do obrony, więc sprawnie podważył nim tylną ściankę. To co ujrzał, zbiło go z pantałyku i prawie rzuciło o ścianę.

W zegarze nie było żadnej transcendencji. Niczego przekraczającego jego wyobraźnię. Trochę kółek kręciło się dookoła. Tylko tyle? – pomyślał Ten Który Niesie Światło. A gdzie czas? Gdzie nieskończoność? Gdzie Absolut? Te nierówne kółka mają decydować o mojej egzystencji, o czasie który mi dano na naprawę Najjaśniejszej Rzeczy na Świecie? O moim życiu? Niedoczekanie.
Zegar należy poprawić. Naprawić tak jak Najjaśniejszą. Przerobić na obraz i podobieństwo. Tak? – a czego podobieństwo? – odezwał się gdzieś w środku nieśmiały głos. Tak jakby zmarły brat przesyłał mu z zaświatów sygnał. No właśnie! Na podobieństwo czego? Albo kogo? – zafrasował się mocno Ten Który Niesie Światło.

Ale wahanie było krótkie. Już wiedział, co robić, które tryby usunąć. Nożem podważył jeden trybik, potem drugi. Powyciągał wszystkie. Potem pracowicie zaczął je wkładać w odwrotnej kolejności – pierwsze wyszło, pierwsze weszło. To taka niespotykana nigdzie technika FOFI. Nigdzie, ale nie w Najjaśniejszej. Po włożeniu wszystkich kółek – no, prawie wszystkich, bo jedno zostało na stole jako odpad rewolucyjny – zegar został zamknięty i nakręcony. I o dziwo ruszył. Do przodu.

Fakt, że poruszał się znacznie wolniej, a Kukułka pojawiała się w czasie nieregularnym. Ale za to zamiast wołać ku-ku, ku-ku, popiskiwała tylko cicho: pi, pi, pi. A w tyle jakiś głos wtórował jej cichym syczeniem. Jakby z kół uchodziło powoli powietrze. Albo z wielkiego balona. I razem ten nałożony na siebie głos dawał coś jakby piiiss, piiiss, piiiss.

Ten Który Niesie Światło uśmiechnął się radośnie. Nie dość, że spowolnił upływ czasu to jeszcze czas zaczął być jakby bardziej przyjazny. Przynajmniej w wersji audio. A media są bardzo ważnym elementem sprawowania władzy. No - odsapnął. Teraz zdążę. Ja tak samo szybko pokazuję co robić, tak samo szybko wskazuję ludzi do usunięcia i tak samo szybko mówię o przyszłości, a ten głupi czas spowolnił.

A już kukułka to jest całkiem jak papuga.

No i czas płynął, zegar się kręcił, kukułka pisała: piiiss, a kot znowu zanurzył się w rzekę czasu. I byłoby wszystko jak wymarzone, gdyby nie jedno ale. To go niepokoiło. To samotne kółko z zegara, leżące jak wyrzut sumienia, jak belka w oku, na stole pełnym papierów.
To kółko kuło go coraz bardziej w oczy, wkręcało mu się w mózg, uwierało w bucie, nie pozwalało się wykręcać byle czym od ważnych spraw.
Niby wszystko było naprawione, a coś szwankowało. Kółko, ważny element czasu. Kółko w kółko. Kółko rewolucyjne. Kółko samopomocy. A więc kółko buntu?
Tak!! Należy zakazać wszelkich kółek. Nawet różańcowych. Nawet kółek pomocy Temu Który Niesie Światło, jeśli są poza światłem. Może być tylko jedno wielkie Koło. Przyjacielskie. Ściśle wymierzone. Kontrolowane. Ogniste.

Ogień oczyszcza. No i daje Jasność.

Kot Horacy, nawet gdyby mieszkał w królestwie Najjaśniejszej Rzeczy na Świecie, zapewne nie wydukałby z siebie ani jednej strofy i nie złożył ani jednego rymu, gdyż nie pisze panegiryków, jedynej dopuszczalnej tu poezji. Więc wiersza nie będzie.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Bajka o naprawie (zegara) Rzeczpospolitej.



 Od czasu, kiedy Chronos wynalazł dla Domlandczyków zegar, upłynęło już sporo czasu. (Czytaj:    http://bajki-szachrajki.blogspot.com/2018/01/bajka-o-zegarach-ktore-zabray-ludziom.html ). Domlandia stawała się coraz bardziej nowoczesna i postępowa w szukaniu nowego, bo zegary regulujące ludziom życie, jednocześnie wymuszały na nich coraz sprawniejsze tego życia konsumowanie. A to sprawne konsumowanie życia nie byłoby możliwe bez jego unowocześniania. I tak koło się zamykało, jak pętla czasu, którą wskazówki zegara zataczały w dwanaście godzin. Czas pędził coraz szybciej, ale Domlandczykom żyło się coraz lepiej, więc nawet jak musieli szybciej chodzić, szybciej pracować i szybciej kochać, to i tak byli zadowoleni.
Zegary, ale i idee nowoczesności, które z nimi były nierozłączne, stały się eksportowym hitem Domlandii. Kupowali je władcy wszystkich królestw dookoła, bo także chcieli być postępowi i bogatsi. Kupił je też władca sąsiadującego z Domlandią Disnejlandu, Domnall Piegus.
Tak się niestety dla niego stało, że kupił i przestał być władcą. Czy związek przyczynowo skutkowy wiódł od zakupu zegara do zamachu na niego, tego z pełną odpowiedzialnością stwierdzić nie możemy, stało się jednak faktem, że królem być przestał.
Nowy władca, który swojego poprzednika obalił w zamachu stanu i sam objął dyktatorskie rządy, nazwał sam siebie „Tym Który Niesie Światło”. Co w obcych językach brzmiało jakoś tak: The One Who Carries the Light. Zresztą Disnejland też nie był już Disnejlandem. Całą przeszłość Disnejlandu Ten który Niesie Światło nazwał Ciemnością, którą dopiero on rozświetli i wywiedzie z niej Disnejów w Jasność. Więc od niedawna wszyscy Disneje żyli w kraju nazywającym się Najjaśniejszą Rzeczą na Świecie.

Część Disnejów przyjęła z entuzjazmem obietnicę wyjścia z Mroku, spodziewając się po drugiej stronie Ciemności samych przyjemnych rzeczy. Tak do końca nie wiedzieli czego, ale musiało być lepiej niż było. Inni nie za bardzo chcieli przechodzić do Światła, ale nikt ich o to nie pytał. Mieli zostać oświeceni albo spaleni. I koniec.

Po jasnej stronie rzeczywistości, w Najjaśniejszej Rzeczy na Świecie, ubogim obiecano dać królestwo w ich osobiste władanie, głodnym jedzenia w obfitości, a smutnym dobrą zabawę. Wszystkim cichym, nie czyniącym fermentu obiecano jeszcze ziemię na własność. A przynajmniej zarządzanie nią. A nade wszystko, łaknącym przez lata sprawiedliwości, obiecano Sprawiedliwość popartą Prawem, odpowiednio przykrojonym do czynienia tejże Sprawiedliwości.
Czynić się ją miało na tych, którzy w Disnejlandzie kradli i napychali kieszenie. Bo jak napisano, niedługi będzie czas, w którym będą głodować, smucić się i żałować, że był czas, gdy inni fałszywie ich chwalili, a oni uwierzyli pochlebcom i czuli się jako prorocy nadchodzącego Nowego Wspaniałego Świata.

Obiecywać łatwo. Zrealizować trudniej. Tym niemniej zabrano się do realizacji obietnic bardzo energicznie.

Ten Który Niesie Światło cały czas pozostawał w cieniu. Z tego cienia, żeby nie powiedzieć półmroku, przekazywał wybranym żołnierzom Światła kaganki oświaty, pochodnie i lampki czołówki. I nieśli je, i rozświetlali. I było coraz jaśniej.
Ale ciągle za ciemno. Jak na życzenie władcy Najjaśniejszej. Nowy Czas nadchodził zbyt wolno. Za wolno.

No właśnie. Czas nadchodził. Czy to tylko metafora pojęciowa, czy może rzeczywiście czas nadchodził? A jak nadchodził to i odchodził. A jak już się poruszał, to może mógł poruszać się szybciej lub wolniej. Ba, a może w przód albo w tył!
Dla rewolucjonisty nie ma spraw niemożliwych. A nienazwana rewolucja Światła i Sprawiedliwości działa się.

Ten Który Niesie Światło siedział w skupieniu w swojej Sali tronowej i patrzył na wielki zegar z kukułką, który nie tak dawno kupił w sąsiedniej Domlandii jego poprzednik – niech imię jego będzie zapomniane na wieki. Co godzinę kukułka wyłaziła z norki, wykrzykiwała swoje ku-ku, ku-ku i znikała. I tak godzina płynęła za godziną, a kukułka kukała, a zegar kręcił wskazówkami, a czas płynął. Chyba do przodu, co jednak nie było dla Tego Który Niesie Światło oczywiste, bo wskazówki kręciły się wokoło.
Jak to? Czas płynął? Przecież niedawno jeszcze nadchodził? A teraz płynie? I to mimo tego, że kukułki z zasady nie pływają. Na chwilę weszła sekretarka i powiedziała: Jak ten czas leci. Dopiero było śniadanie, a już zapraszam Najjaśniejszego na obiad. Chwila, chwila! To czas lata? Jak ptak? Jak kukułka? Ten Który Niesie Światło zafrasował się głęboko. A może czas także biegnie? Albo się ślimaczy? Nie, ślimaczyć się nie może. Czas musi biegnąć. Biec. Bo do Najjaśniejszej Rzeczy na Świecie jeszcze kawał drogi, a Temu Który Niesie Światło czasu pozostało nie za wiele.

Właśnie. Ile mi czasu pozostało? – pomyślał Ten Który Niesie Światło. Chyba nie za wiele. A tyle roboty do zrobienia, tyle kaganków do rozpalenia, pochodni do wetknięcia, lamp czołówek do rozdania. Ile czasu mi zostało?

A może by tak zobaczyć? Zajrzeć do środka zegara? Wywali się tą głupią kukułkę, albo przynajmniej nauczy się ją mówić po naszemu. I zacznie wolniej kukać. Zamiast trzech, kuknie dwa razy, zamiast dwunastu, osiem. Może czas będzie wtedy płynął pod prąd, biegł pod górę, szedł z wielkim ciężarem?

Zrzucił z kolan kota, który – nie umiejąc pływać – wylegiwał się w rzece czasu, wszedł na stół i ściągnął zegar za ściany. Na dół. Na stół. Trochę się bał. Ale otworzył. Nie takie rzeczy otwierał! A potem zamykał. Więc dlaczego nie miałoby się udać z jakimś głupim zegarem z kukułką?
Miał nóż do obrony, więc sprawnie podważył nim tylną ściankę. To co ujrzał, zbiło go z pantałyku i prawie rzuciło o ścianę.

W zegarze nie było żadnej transcendencji. Niczego przekraczającego jego wyobraźnię. Trochę kółek kręciło się dookoła. Tylko tyle? – pomyślał Ten Który Niesie Światło. A gdzie czas? Gdzie nieskończoność? Gdzie Absolut? Te nierówne kółka mają decydować o mojej egzystencji, o czasie który mi dano na naprawę Najjaśniejszej Rzeczy na Świecie? O moim życiu? Niedoczekanie.
Zegar należy poprawić. Naprawić tak jak Najjaśniejszą. Przerobić na obraz i podobieństwo. Tak? – a czego podobieństwo? – odezwał się gdzieś w środku nieśmiały głos. Tak jakby zmarły brat przesyłał mu z zaświatów sygnał. No właśnie! Na podobieństwo czego? Albo kogo? – zafrasował się mocno Ten Który Niesie Światło.

Ale wahanie było krótkie. Już wiedział, co robić, które tryby usunąć. Nożem podważył jeden trybik, potem drugi. Powyciągał wszystkie. Potem pracowicie zaczął je wkładać w odwrotnej kolejności – pierwsze wyszło, pierwsze weszło. To taka niespotykana nigdzie technika FOFI. Nigdzie, ale nie w Najjaśniejszej. Po włożeniu wszystkich kółek – no, prawie wszystkich, bo jedno zostało na stole jako odpad rewolucyjny – zegar został zamknięty i nakręcony. I o dziwo ruszył. Do przodu.

Fakt, że poruszał się znacznie wolniej, a Kukułka pojawiała się w czasie nieregularnym. Ale za to zamiast wołać ku-ku, ku-ku, popiskiwała tylko cicho: pi, pi, pi. A w tyle jakiś głos wtórował jej cichym syczeniem. Jakby z kół uchodziło powoli powietrze. Albo z wielkiego balona. I razem ten nałożony na siebie głos dawał coś jakby piiiss, piiiss, piiiss.

Ten Który Niesie Światło uśmiechnął się radośnie. Nie dość, że spowolnił upływ czasu to jeszcze czas zaczął być jakby bardziej przyjazny. Przynajmniej w wersji audio. A media są bardzo ważnym elementem sprawowania władzy. No - odsapnął. Teraz zdążę. Ja tak samo szybko pokazuję co robić, tak samo szybko wskazuję ludzi do usunięcia i tak samo szybko mówię o przyszłości, a ten głupi czas spowolnił.

A już kukułka to jest całkiem jak papuga.

No i czas płynął, zegar się kręcił, kukułka pisała: piiiss, a kot znowu zanurzył się w rzekę czasu. I byłoby wszystko jak wymarzone, gdyby nie jedno ale. To go niepokoiło. To samotne kółko z zegara, leżące jak wyrzut sumienia, jak belka w oku, na stole pełnym papierów.
To kółko kuło go coraz bardziej w oczy, wkręcało mu się w mózg, uwierało w bucie, nie pozwalało się wykręcać byle czym od ważnych spraw.
Niby wszystko było naprawione, a coś szwankowało. Kółko, ważny element czasu. Kółko w kółko. Kółko rewolucyjne. Kółko samopomocy. A więc kółko buntu?
Tak!! Należy zakazać wszelkich kółek. Nawet różańcowych. Nawet kółek pomocy Temu Który Niesie Światło, jeśli są poza światłem. Może być tylko jedno wielkie Koło. Przyjacielskie. Ściśle wymierzone. Kontrolowane. Ogniste.

Ogień oczyszcza. No i daje Jasność.

Kot Horacy, nawet gdyby mieszkał w królestwie Najjaśniejszej Rzeczy na Świecie, zapewne nie wydukałby z siebie ani jednej strofy i nie złożył ani jednego rymu, gdyż nie pisze panegiryków, jedynej dopuszczalnej tu poezji. Więc wiersza nie będzie.

środa, 7 marca 2018

Bajka o czynieniu ludzi szczęśliwymi

Motto: „Lud czekający na szczęście to prawie to samo, co lud szczęśliwy!”

Król Ambroży

Król Ambroży siedział ponury na tronie i bez widocznych emocji wpatrywał się w ścianę Sali Tronowej. W tym wypadku akurat trudno było o emocje, jako że ściana pobielona na biało była tak jednolicie monotonna, że jedynym uczuciem towarzyszącym wpatrywaniu się w nią, było rozleniwienie, przechodzące w otępienie, a potem w usypianie, wspomagane miarowym mruczeniem kota Horacego, który przycupną na podołku Króla.
To, że Ambrożego jeszcze sen nie zmorzył, spowodowane było faktem, że słyszał – albo tak mu się wydawało – szybkie kroki pająka, który, jedyny wyróżniający się element tej białej ściany, przebiegał ją w nieśpiesznym biegu.
Czarny wielki pająk na białej wielkiej ścianie. Choćby nie wiadomo jak wielkim był pająkiem, pozostawał maleńkim, czarnym okruszkiem na ogomnej połaci ściany. Samotny jak człowiek w życiu – pomyślał Król. To skojarzenie nasunęło się królowi Ambrożemu jakoś tak bezwiednie, od niechcenia. Jednak jak już przyszło, odgoniło od Króla nadchodzący sen, ściągnęło mu brwi, co było widocznym znakiem skupienia, a także zmusiło do syntetycznego myślenia.
To syntetyczne myślenie polegało na tym, że Król najpierw powoli zaczął zbierać w pamięci fakty z życia, mogące być podporami, czyli argumentami za tezą o samotności, a potem coraz prędzej zaczął z tych faktów, jeden po drugim, budować całościową teorię o ludzkiej alienacji, niezależnie od wielości ludzi, rzeczy i spraw, które każdego z nas otaczają.
Tak, człowiek jest samotny – skonkludował na koniec. I nieszczęśliwy – dodał jeszcze cicho, tak pewnie, by nikt, nawet ten pająk tego nie słyszał. Cicho, jakby się wstydził tego słowa, które wypowiedział.
Bo zaiste trudno było – patrząc z boku – uznać króla Ambrożego za człowieka nieszczęśliwego. Z samotnością każdego z nas to nie wiadomo jak jest, ale Ambroży nieszczęśliwy? Przecież powinien uważać się za najszczęśliwszego człowieka na świecie! I piękne królestwo, które ma na własność, i zainteresowania, którymi umilał sobie czas, i sympatia poddanych. No nie, król Ambroży nieszczęśliwy!! Nie do pomyślenia!!
Nie wiadomo, co było przyczyną tego stanu Króla Ambrożego, stanu, jak się potem okaże, chwilowego. Może ból głowy, może zły sen, a może inne zdarzenie, które cieniem położyło się na królewskim poranku i wraz z pająkiem na ścianie dało o sobie znać odmianą królewskiego samopoczucia.
Fakt faktem, to błahe wydarzenie mogło mieć znaczący wpływ na całą Domlandię.
Zasępiony Król bowiem – kiedy coraz bardziej usiłował wniknąć w istotę bytu – zaczął dochodzić do wniosków, do których w normalnym stanie nawet przez przypadek by nie zabłądził.
Tak, ludzie są nieszczęśliwi – powiedział znowu do siebie. Nieszczęśliwi i samotni – dodał. I tak się zasępił i zaciął przy wymawianiu tych dwóch równoważników zdań, że aż nie mógł przełknąć śliny, a twarz mu się zaczerwieniła, jakby miał za chwilę mieć zawał. W końcu złapał oddech i doszedł do momentu przełomowego (tak myślał) w życiu swoim i Królestwa. Moim królewskim obowiązkiem jest uczynić ludzi szczęśliwymi – wypowiedział cicho do pustej Sali tronowej. Potem wstał, wyprostował się i pełnym głosem oznajmił: Moim królewskim obowiązkiem jest uczynić ludzi szczęśliwymi.
Słuchał go pająk na sąsiedniej ścianie, który na chwilę przerwał swój marsz, ale zaraz zaczął go kontynuować. Ale był za świadka. I kot Horacy także.
Król, w którego wstąpił nowy entuzjazm czynienia spraw wielkich, wykraczających poza czas i pokolenia, odgarnął płaszcz królewski, zakasał rękawy i zadzwonił po służbę: zwołuję posiedzenie Rady Królestwa – oznajmił Heroldowi, Hetmanowi Wielkiemu Koronnemu i takiemuż Podczaszemu, którzy byli najbliżej i pierwsi się zjawili we wzmiankowanej kolejności.
Tak jest, Jaśnie Panie – odpowiedział Herold, który nie myślał, tylko mówił. Tak jest, Jaśnie Panie – odpowiedział Hetman Wielki Koronny. Ale jaki będzie porządek obrad? – nie omieszkał zapytać. Ponieważ Podczaszy Wielki Koronny milczał, Król rzekł: chcę, by Rada Królestwa doradziła mi, jak uczynić obywateli Domlandii szczęśliwymi.
Jak to, szczęśliwymi? – bezwiednie zapytał Podczaszy, bo stan szczęśliwości najczęściej kojarzył mu się z jednym.
Ano tak to – odciął się Król, przeniknąwszy bez trudności myśli Podczaszego. Szczęśliwymi. Szczęęęęśliwyyymi – dodał jeszcze, mocniej akcentując pewne litery. Nie rozumiesz, co znaczy być szczęśliwym?
Rozumiem doskonale, Najjaśniejszy Panie – szybko wydukał Podczaszy i już nic nie zakłóciło przygotowań królewskiego rządu do podjęcia zdecydowanych działań.
Zdecydowanych, czyli jakich? – pomyślał każdy z dostojników, ale już nikt się ze swymi wątpliwościami nie wychylił przez Królem.
Sala tronowa szybko zapełniła się członkami Rady Królestwa i jak tylko wszyscy oni z ust Króla dowiedzieli się, że mają radzić nad uczynieniem każdego Domlandczyka szczęśliwym, zapadła w Sali cisza. Bo i problem okazał się przerastać swą złożonością inteligencję panów Radnych. Jak ta cisza zapadła tak i trwała, i tylko pająk łaził po ścianie, a kot mruczał.
No i co, Panowie, jakieś pomysły? – zapytał po dwóch klepsydrach milczenia Najjaśniejszy Pan. Może Koniuszy Królewski ma jakiś pomysł – zwrócił się do nadzorcy swoich stajen i wierzchowców .
Jakby tu powiedzieć, Najjaśniejszy Panie – zaczął ostrożnie Koniuszy – pomysłów na szczęście to ja za bardzo nie mam. Ale jeden to owszem.
Jaki to? – zapytał Król.
Ano dałbym każdemu wieśniakowi pojeździć na koniu, zamiast poganiać konia – wydukał Koniuszy.
Król nic nie odpowiedział, ale jakoś dziwnie się skrzywił. A może Hetman Wielki Koronny ma jakiś pomysł? – zwrócił się w stronę husarskiego pióropusza.
Ten, wyrwany z krótkiej drzemki, wydusił tylko – Może trzeba skończyć z branką do piechoty?
A kto do licha będzie nas bronił?! – rozzłościł się Król. Ty, stary szogunie?
Podskarbi Koronny przycupnął w kącie i prawie zapadł się w ziemię, ale Król i tak go zauważył.
Hej, ty, któremu wszyscy zazdroszczą, który masz pozłacane ręce, a nie uśniesz, jak nie podliczysz paru tysięcy talarów, co ty mi doradzisz w sprawie szczęścia dla każdego? – zapytał.
Jaśnie Panie, wiecie przecież, że pieniądze szczęścia nie dają. Samiście to zawsze powtarzali, więc co mam Wam powiedzieć? – odparł Podskarbi.
No, oczywiście, nie dają. Ale wtedy tylko, jak się ich ma za dużo – odparł król. Jak człowiek ma tylko jedną złotą monetę, to jest szczęśliwy jak cholera. A ile tych złotych monet mamy?
Ano będzie w skarbcu jakieś 15 tysięcy. Ani po ćwierć na każdego nie starczy.
No to zaiste problem – zafrasował się Król. Dawać po ćwierci to jakby nic nie dawać.
To już lepiej dać od razu kwartę okowity. Taniej wyjdzie, a efekt dość zdecydowany.
Jedyna w Radzie kobieta, Ochmistrzyni Królowej Pani, niesłychanie spłoniona, mimo swoich kilkudziesięciu lat, chciała dość dobrze. Chciała, by to kobiety częściej uszczęśliwiały mężczyzn, ale napotkała na gwałtowny opór Kardynała, który natychmiast oskarżył ją o szerzenie rozpusty i wszeteczeństwa. I propozycja upadła. Choć może nie do końca, bo męska większość Rady, prócz Kardynała, dobrze te słowa zapamiętała i przyrzekła sobie wprowadzać je w czyn.
Wprowadziwszy swój protest na forum Rady, Kardynał chciał dać z siebie coś pozytywnego i zaproponował, że ludzie będą szczęśliwsi, a nawet całkiem szczęśliwi, kiedy więcej będą się modlili. I był nieskończenie zdziwiony, że nawet Król – po mruknięciu, że i tak się modlą za dużo – tę propozycję odrzucił.
Podczaszy Wielki Koronny, która swą wielkość wywodził od wielkości używanego puchara, co mógł zaproponować dla pełni szczęścia ludzkości, to zaproponował. Wszyscy mu przyklasnęli, znowu niepomni, że jeden z nich pija tylko wina mszalne w śladowych ilościach. I projekt upadł.
Łożniczy królewski chciał zaproponować podobny typ uszczęśliwiania, jak Ochmistrzyni, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język, śliniąc przy okazji siedzącego obok Kardynała, co zostało powszechnie odebrane bardzo dwuznacznie.
Z Wielkim Szambelanem Domlandii nie było już tak prosto. Przytłoczony nadmiarem obowiązków względem Króla, zawsze akuratnie potrafił się z nich wywiązać. Jednak miało to przemożny wpływ na jego publiczne bytowanie. Wczesne wstawania, by dokonać uroczystego budzenia króla i równie uroczystego jego przyodziewania, spowodowały, że był ciągle niewyspany. Ziewał cały czas bezczelnie, tym bardziej że dniami przyjmował hołdy lenne, a wieczorami musiał przeglądać królewskie dokumenty oraz prasować szaty Króla, zważając, by nie było z nimi jak z tymi z bajki . Jedynym wolnym czasem był ten od przekręcenia kluczy w królewskiej sypialni wieczorem do podobnego, choć w przeciwną stronę, rankiem.
Wyrwany z letargu południowego pytaniem Króla o metodę uszczęśliwienia Domlandczyków powiedział szybko – niech chodzą spać wcześnie, a wstają późno.
Król przyjął tę wypowiedź jako osobisty przytyk i zapytał – Coś ci się nie podoba w moim porządku dnia?
Ależ nie, Najjaśniejszy Panie – odrzekł speszony Szambelan Wielki. Tylko tak mi się marzyło, żeby się raz wyspać.
Do przepytania pozostali jeszcze Kapitan Gwardii i Pułkownik Rot Dworskich, prywatny Sekretarz Króla, Kaznodzieja Nadworny, Łaziebny, Szafarz, Śpiżarny, Stolnik, Piwniczy, Woźniczy i Ochmistrz, ale Królowi nie starczyło cierpliwości. Targnięty rozpaczą zwrócił się stojącego za tronem Podkomorzego Królewskiego
Słuchaj, Podkomorzy – mój najbardziej zaufany sługo. A może byśmy ludziom obiecali, że im damy, chociaż nie mamy, ale potem nie damy, bo nie mamy? Ale żeby uwierzyli w nasze obietnice, musimy im obiecać tak dużo, że nawet jak im nie damy, to i tak będą wdzięczni, że chcieliśmy im dać, tylko różne wraże siły Disnejlandu nam przeszkodziły. Bo jak im obiecamy mało, a nie damy, bo też dla wszystkich nie mamy, to powiedzą, że tak mało to mogliśmy im nawet dać z prywatnego, a skoro nie daliśmy, choć mogliśmy z naszego własnego, to jesteśmy świnie i szuje. I trzeba robić rewoltę.
Podkomorzy na takie dictum lekko się uśmiechnął i zapytał: ale co im obiecamy? Ano wszystko co każdy pragnie. Na początek górę pieniędzy i obietnicę, że jak każdy już je będzie miał, to sobie kupi wszystko, łącznie ze szczęściem.
Aleś sam jaśnie panie mówił ludowi, że pieniądze szczęścia nie dają – odparł przewrotnie Podkomorzy.
No tak, one szczęścia nie dają. Szczęście sobie można za nie kupić – odparował Król, który jakby zapomniał swe wcześniejsze nauki do ludu Domlandii.
No tak, obiecamy im szczęście za pieniądze – ciągnął Podkomorzy. Ale szybko się wyda, że kasa pusta. Kto nam uwierzy, że obiecaliśmy uczciwie?
A czy naród tego potrzebuje? – zapytał monarcha. Naród najbardziej do szczęścia potrzebuje obietnic. I czekaniem na ich realizacje zabija czas do momentu, w którym będzie szczęśliwy. A że przychodzi mu długo czekać? Cóż, po drodze ponowimy obietnice.
Lud czekający na szczęście to prawie to samo, co lud szczęśliwy!
Król wypowiedział te słowa i mu ulżyło. Nie dość, że prawie spełnił zadanie dzisiejszego dnia, to jeszcze pomyślał, że ten jego aforyzm przejdzie do historii literatury i polityki społecznej i uczyni go sławnym.
Kot Horacy leżał pod Królewskim tronem i mrucząc cicho obmyślał, jakby tu przetłumaczyć na domlandzki fragment z narodowej epopei Disnejlandu „Kochajmy się”. Byłby w sam raz.