Bajka o tym jak Król utracił Stolicę, wybierając się z Wojskim na grzyby – spisana przez Wieszcza Adama, Andrzej Talarka i Kota Horacego
W naszej wyśnionej, bajkowej krainie Domlandii, która na owe czasy była
przykładem państwa demokratycznego i demokratycznie rządzonego, nic nie było
proste.
Już nawet fakt, że jej obywatele takiego pojęcia jak demokracja nie znali – a
jak nawet słyszeli, to kojarzyli z czymś zupełnie innym niż chciał jego twórca,
Grek Klajsternes , wywodząc z jego nazwiska, że służy ona do klajstrowania
dziur i pęknięć, na co dzień powstających społeczeństwie, tak, by jako całość
trzymało się w kupie i nie rozleciało na drobne kawałki – nie ułatwiał
rządzenia królowi.
Bo i sam fakt istnienia instytucji króla, który przecież mógł wszystko, kiedy inni mogli mało lub wcale, przeczył – wydawać by się mogło – podniesionemu powyżej faktowi.
A jednak jakoś to wszystko działało, tak jak na co dzień działał targ w stolicy Domlandii, na którym wieśniacy w jedną stronę, a mieszczanie w drugą stymulowali przepływ towarów i pieniędzy, by stawać się bogatszymi, a ich kobiety ładniej przystrojonymi.
Zresztą sam targ, zwany nie wiedzieć czego Agorą, okazać się miał pierwszą demokratyczną instytucją Domlandii – jeśli o kawałku płaskiego pola z naprędce skleconymi budami, można mówić per instytucja – w której realizowano bezwiednie dwa najważniejsze dla ludu prawa demokratyczne: krytykę rządzących i krytykę kościelnych.
Jak to się wtedy mówiło, wszyscy mieli tam gęby zrobione na cholewy, więc
nie musieli się ograniczać w gadkach i połajankach, których nie szczędzili ani
panom, ani biskupom, ani rycerzom. Oszczędzali jedynie króla, o którym się
mówiło, że ma boskie pochodzenie.
A lud jaki był od zawsze antykościelny, to był, ale jakby mu kto ruszył Boga,
to by się zdenerwował i rewolucja gotowa.
Tak więc nikomu nie mogło przeszkadzać, że król wszystko może, bo przecież Bóg też wszystko może, więc w demokracji król nie wadził. I nawet właściciel targowiska, niedowiarek, był podobnego zdania i nie pozwalał ludowi krytykować jaśnie panującego.
A przy Jaśnie Panującym krytyki próbowali unikać jego słudzy, licznie rozplenieni wokół tronu, nie przymierzając jak chwasty, w tym także Ochmistrzyni Królowej Pani, jedyna kobieta w gronie króla, zaufana i mająca dostęp do jego ucha.
A odpowiadała w Domlandii za królewskie komnaty, a i za samą stolicę Domlandii także.
I tak się toczyło życie z dnia na dzień, ani lepiej, ani gorzej, ot tak jak w innych krajach, do których jeszcze nie zapukała bajkowa bieda, zwana Krisis.
Ta Krisis była kimś mitycznym, tajemniczym i strasznym, równa rodowodem bardziej znanej Domlandczykom Królowej Śniegu, albo czarownicy z piernikowej chałupy, albo złej macosze królewny Śnieżki, tej od lustereczka, czy wielu innych, okropnych postaci, których tu nie chce się nam wymieniać. Tym bardziej, że nikt jej nigdy w Domlandii nie widział.
Dzień płynął za dniem, kupiecka karawana jechała za karawaną, rycerzom z lenistwa urosły brzuchy, a babom nie chciało się rodzić, tak im było w nowych strojach dobrze i pięknie.
I pewnie trwałoby tak do sądnego dnia, gdyby nie to, że pewnego słotnego
wieczora, kiedy wszyscy usypiali w domach z nudów, zapukała do miejskiej bramy
stara kobieta.
Strażnik, który akurat przewracał się na drugi bok i śnił o pieczonej kaczce,
nie miał zamiaru pofatygować się do korby, by spuścić most, więc starucha
marzła w krzakach aż do rana i z każdą poranną godziną rosła jej niechęć do
miasta.
Rankiem w tłumie przekupniów spieszących na Agorę, zupełnie nie rzucając
się w oczy, weszła do środka. I została. I zaczęło być źle.
No może nie od razu. Powoli.
Najpierw odjęło mleko krowom. Fakt, że już od dawna nikomu nie chciało się ich karmić i doić, bo nabiał sprowadzano taniej z Finlandii, ale fakt był faktem. Odjęło.
Potem kury przestały zanosić jaja o dwóch żółtkach, poprzestając na jednym, a potem wcale nie znosiły. Kobiety zaczęły mieć coraz gorszą cerę, a mężowie coraz mniej wigoru.
Wreszcie przyszła susza i ceny winogron i cytrusów poszybowały wysoko jak wydmuchane z wulkanu.
Kiedy zaczęto dociekać i wypytywać, co zacz, strażnik przypomniał sobie tę starą babę. Wszyscy, jak na komendę wykrzyknęli: przyszła Krisis. I padł blady strach na mieszkańców Domlandii.
Król wezwał na naradę cała Królewską Radę, którą wzywał rzadko, bo była
sumarycznie i wynikowo głupia głupotą jej członków i rzadko była w takim stanie
umysłowym, by zbiorowym wysiłkiem wydać z siebie coś mającego sens.
Na dodatek była podzielona wyraźniej niż całe społeczeństwo Domlandii, które to
przedstawiało sobą cały wachlarz poglądów, kiedy Rada była podzielona dokładnie
na dwie połowy, różne jak awers i rewers, jak dzień i noc, jak dobro i zło.. no
może nie jak dobro i zło, bo w tej dziedzinie to obie połówki rady mniej się
różniły.
Tego dnia na wezwanie Króla Członkowie Rady przybiegli w te pędy do Sali tronowej i – popychając się i podkładając sobie nogi – usiłowali zająć miejsca jak najbliżej tronu. Siłą rzeczy nie wszystkim się to udało i to wcale nie z powodu przejęcia się przez część ewangelicznymi naukami o zajmowaniu miejsc ostatnich.
Po prawej stronie Sali Tronowej miejsca zajmowali przedstawiciele stanu niższego, czyli ludu, choć o ludzie mieli blade pojęcie. Naród zwał ich zwani Gęgaczami. Mówili o sobie, że kiedyś, gdy wróg stał u bram, uratowali swoją czujnością Domlandię, co nie było prawdą. Bo prawdą było, że kiedy długo w noc rozważali o swojej wyższości, gęsto przepijając piwem, a jeden z Gęgaczy wyszedł na mur miejski, by nadmiarem piwa podzielić się z fosą, los chciał, że nasikał na głowy Anibali, skradających się w ciemnościach, by z zaskoczenia zdobyć miasto i prawie wypalił im oczy, a na pewno przestraszył. Za swój bohaterski czyn pradziad Króla Ambrożego udekorował go orderem świętego Floriana, patrona sikaczy. I od tamtej pory leją wodę i leją.
Po lewej stronie Sali Tronowej miejsca brali przedstawiciele nowej szlachty
i arystokracji domlandzkiej, wielkiego domlandzkiego biznesu i cała plejada
ludzi budżetowych, czyli będących na utrzymaniu Jaśnie Panującego, a tak
naprawdę na utrzymaniu tej części Domlandii, która płaciła podatki.
Pokrętność zarówno ich rodowodów jak i dróg dojścia do posiadanych pieniędzy, a
także ich codziennych działań sprawiała, że ulica nazywała ich Krętaczami.
Król Ambroży świadomie utrzymywał równy dystans do obu części Sali Tronowej, co nie było trudne, jako że siedział w jej środku, w równym oddaleniu od pierwszych rzędów, a na dodatek patrzył przed siebie, ani w lewo, ani w prawo, jak koń, któremu założono na oczy klapki.
Było to potrzebne dla sprawnego rządzenia – być ponad układy. A dobry
władca jest ponad nawet wtedy, gdy siedzi na niskim tronie.
Tak więc Król Ambroży był ponad. Ponad prawą i lewą część Sali Tronowej, ponad
Gęgaczy i Krętaczy, ponad ich sprawy i sprawki, małe i duże interesy, kłótnie i
układy. Przychodziło mu to o tyle łatwiej, że ani jednych ani drugich nie
darzył zaufaniem.
Tegoż dnia, z powodu racji, której nie trzeba było udowadniać, Rada Królewska zebrała się wyjątkowo licznie i wyjątkowo punktualnie, co nie było regułą.
Członkowie Rady, poruszeni wieścią o Krisis, która zamieszkała w murach Domlandii, nie pytając ich o pozwolenie, ani nawet o zdanie, wymieniali nerwowo informacje, oczekując na wejście Króla.
Król wszedł dokładnie w południe, dostojnie usiadł na tronie, stając się – z
racji naciągającego niewiadomego – jeszcze bardziej ponad, niż był zazwyczaj.
Nie patrzył jednak jak portret wszędzie czyli nigdzie, ale tym razem spojrzał na prawą stronę Sali, potem na lewą i na końcu, kiedy wszystkich pod jego ciężkim wzrokiem, aż wbiło w fotele, dostojnie rzekł:
No to stało się to, czegośmy od dawna się spodziewali. Mamy Krisis w naszych murach. Radźcie panowie, jak się jej pozbyć!
Wśród panów zapanowała mała konsternacja. Jak to tak? Zawsze Król wiedział, co powiedzieć i czynić, a teraz nas pyta? Tak się nie godzi. W końcu on tu najwięcej zarabia! Niech da radę, co robić. Ale nie dał. Trzeba było ruszyć głową.
Może zrobimy obławę z nagonką? – przytomnie zaczął jako pierwszy
Podkomorzy. Postawi się na końcu każdej ulicy myśliwego z fuzyją, a naganiacze
będą wyganiały Krisis z domów.
E tam, do baby zza węgła będziesz strzelał? Przecież ksiądz dobrodziej ci
rozgrzeszenia nie da – zakpił Hetman wielki koronny, który o strzelaniu
niejedno wiedział. Ja bym raczej widział, co by ją w pole wywabić i tam otwartą
bitwę z nią przyjąć. Ha – sapnął i dumnie potoczył wzrokiem dookoła.
Ale usłyszał tylko śmiech Podczaszego wielkiego koronnego, który na odmianę proponował dosypanie cykuty do wina, którym on Krisis napoi.
A potem ci się odda – zakpił Stolnik wielki koronny, który raczej widział zatrucie chleba naszego powszedniego, ale i ten pomysł nie zyskał akceptacji ze względów praktycznych.
Potem kolejno głos zabierali Łożniczy wielki koronny, proponujący załatwić sprawę w łożnicy, Szambelan też wielki koronny, choć ten akurat nie mający żadnego pomysłu, prywatny Sekretarz króla, Kaznodzieja nadworny, Podskarbi koronny, Szafarz, Śpiżarny, Piwniczy, Woźniczy, Pułkownik rot dworskich, Kapitan gwardii królewskiej, Ochmistrz i na koniec jedyna w tym towarzystwie kobieta, Ochmistrzyni Królowej Pani, także wielka i koronna, czyli wszyscy pociotkowie i pomiotkowie Jego Wysokości, wsadzeni na te stanowiska nie ze względu na umysłowe przewagi ale ze względu na pochodzenie.
Zapanował impas i czuć było nadchodzącą burzę. Szczególnie wyraźnie było ją
widać na obliczu Najjaśniejszego, które gwałtownie ciemniało, a z oczy
zaczynały sypać się pioruny.
Na takie dictum wystąpił przed szereg niepozorny człeczyna, niejaki Wojski
Hreczeha – który musiał być podłej postury, bo panowie szlachta powierzali mu
swoje żony i dziatki jak się wyprawiali na wojny, i bardzo dbali o to, by im
tych dziatek niespodzianie nie przybyło – i tak do Najjaśniejszego Pana rzekł:
Najjaśniejszy Panie. A może by tak na grzyby?
Na jakie grzyby, do cholery – wykrztusiło z siebie Najjaśniejsze Oblicze. No, na zwykłe. Na borowiki, maślaczki, kozaczki. No i na kanie. Wezwiemy całe społeczeństwo Domlandii na grzyby w najbliższą niedzielę. Wszyscy do lasu. Co do jednego. I jestem pewny, że Krisis także wyjdzie za nami z miasta. A jak wyjdzie, to może zabłądzi w lesie albo ją w tym lesie pojmiemy. A poznamy ją przy zbieraniu kani. Bo ta pani nie rozróżnia kani od muchomora sromotnikowego – tu jego oblicze zarumieniło się niespodzianie, bo zawsze mu się ten grzyb kojarzył z częścią ciała kobiecego, która była mu zazwyczaj niedostępna – i po tym ją poznamy i złapiemy. A może nawet się tą kanią otruje? – dodał tajemniczo.
A z owadów to nawet biedronki nie poznaje – dodał nie stąd ni z owąd na zakończenie.
Z barku lepszych rad, a przy powszechnej konfuzji, król zgodził się na
grzybobranie. Tylko myślcie dalej intensywnie, Panowie – rzekł na odchodne. No
i myśleli.
Gęgacze myśleli, co zrobić by nie dać się ograć Krętaczom, ci z kolei
kombinowali, jak Gęgaczy wygęgać z tych licznych stanowisk, które przez swoją
uległość zajęli i z których im szkodzili. I schylali się jedni do drugich, i
prawili słowa niesłyszane, i machali rękami, stawali w dziwnych pozach i
jeszcze dziwniejszych chodzili od lewej do prawej strony Sali.
Królewski kot Horacy, który snuł się blisko podłogi i miał zupełnie inny punkt widzenia, zanotował w pamięci a potem opisał taki obraz ich zmagań.
W wielkiej Sali tronowej, gdzie stanowią prawo,
Gdzie posadzki kobiercem kryte jak murawą,
Między stoły i szafy z białych pniów brzozowych
Czynione, pod namiotem sztandarów bojowych
„Snuło się mnóstwo kształtów, których dziwne ruchy,
Niby tańce, i dziwny ubiór: istne duchy
Błądzące po księżycu. Tamci w czarnych, ciasnych,
Ci w długich, rozpuszczonych szatach, jak śnieg jasnych;
230 Tamten pod kapeluszem jak obręcz szerokim,
Ten z gołą głową; inni, jak gdyby obłokiem
Obwiani, idąc, na wiatr puszczają zasłony,
Ciągnące się za głową jak komet ogony.
Każdy w innej postawie: ten przyrósł do ziemi,
Tylko oczyma kręci na dół spuszczonemi;
Ów patrząc wprost przed siebie, niby senny kroczy
Jak po linie, ni w prawo, ni w lewo nie zboczy;
Wszyscy zaś ciągle w różne schylają się strony
Aż do ziemi, jak gdyby wybijać pokłony.
240 Jeżeli się przybliżą albo się spotkają,
Ani mówią do siebie, ani się witają,
Głęboko zadumani, w sobie pogrążeni.
Jużem widział w nich obraz elizejskich cieni,
Które chociaż boleściom, troskom niedostępne,
Błąkają się spokojne, ciche, lecz posępne”.
Tak Krętacze radzili jak zmylić Gęgaczy
Tak Gęgacze kręcili, jak skręcić Krętaczy,
Zanim w leśnych ostępach pod królewską fizys
Wymyśleć będą mieli receptę na Krisis.
Pozycje chcieli lepsze zająć zanim stanie
Rozkaz, że wszyscy muszą iść na grzybobranie.
Wtem krzyknął Król do wszystkich: na grzyby Panowie,
I nich wam się nie kręci po Krętaczej głowie
Idea jakaś brudna, by zniszczyć Gęgaczy,
A każdy Gęgacz niechaj sobie wytłumaczy,
Że nie Krętacz dziś wrogiem, lecz ohydna Krisis
I niechaj wasze mózgi zapłodni dziś Izys
By rodziły idee Krizisoodporne,
piękne dla ludzi oczu, łagodne i zborne.
Się zaczęło. Jak ogar prędki za ogarem,
Tak panowie w las poszli, prowadzeni czarem
Jakimś lub słowem ważnym, które nie wybrzmiało,
Bo się jeszcze wśród grzybów znaleźć nie umiało.
Każdy nerwowo patrzył za siebie, przed siebie.
Pod krzaki i pod drzewa, pod kamień, po niebie,
Wyszukując i grzybów, i Krisis facjaty,
Wierząc, że kto ją znajdzie, to będzie bogaty.
Pół królestwa za konia – nie to nie ta bajka –
Ale na pewno jakaś funkcja – złotodajka
Spadnie od Króla, bo jest hojny dla sług grona,
Szczególnie kiedy spada mu z głowy korona
Z impetem więc ruszyli, odkładając swary,
Radośni niby dzieci idąc na wagary.
„Któż by zgadnął, że owi, tak bardzo ruchomi,
Owi milczący ludzie – są nasi znajomi?”
Królewscy słudzy z obrad nie zjadłszy śniadania,
Wyszli na tajemniczy obrzęd grzybobrania.
Jako ludzie rozsądni umieli miarkować,
Że nie o grzyby chodzi, lecz by Krisis schować,
W ostępach leśnych zamknąć, by nie miała czasu
Działać, dlatego z Królem ruszyli do lasu.
„Wzięli postawy tudzież ubiory odmienne:
Służące do przechadzki opończe płócienne,
Którymi osłaniają po wierzchu kontusze,
A na głowy słomiane wdziali kapelusze,
Stąd biali wyglądają jak czyśccowe dusze”.
Lub dusze potępione. W stolicy, jak tuszę,
Mówią tak i o Radcach, i o Ochmistrzyni,
Która Króla uwiodła i co chce z nim czyni.
A razem nic dobrego dla swego królestwa
Nie zrobili, swojego strzegąc tu jestestwa.
„Grzybów w bród było: młodsi biorą krasnolice,
Tyle w pieśniach litewskich sławione lisice”,
Które cnotę umiały zachować w tych czasach,
Chociaż to nic wielkiego, gdy się mieszka w lasach.
Panienki za wysmukłym gonią borowikiem ,
Którego pieśń nazywa grzybów półkownikiem.
270 Wszyscy dybią rydzyka; ten wzrostem skromniejszy
Mniej ceniony w stolicy, za to najsmaczniejszy.
Kto go na rożen weźmie i w ogniu usmaży,
Ten już na wszystko potem w życiu się odważy.
Lecz jedna starsza pani, już jesiennej pory,
Zbierała zamiast kani piękne muchomory,
Sromotniki dorodne. Wojski obserwował,
Nic nie mówił, a z tyłu wielką siatkę chował.
I kiedy był dość blisko, by zacząć rozmowę,
Zarzucił starszej pani tę siatkę na głowę.
Mam Krisis – krzyknął głośno. Wszystkim się zdawało,
Że problem ich się skończył, bo tak echo grało.
I roznosiło rwetes od lasa do sasa,
Że Krisis jest złapana w podstołecznych lasach,
I że koniec kłopotów dla Króla i dworzan,
Nastał. Wtedy nad niebo krwawa wzeszła zorza,
Gdzieś od stolicy strony. Jak się okazało
Lud, gdy wolny od dworzan, począł sobie śmiało
I spalił kukły wszystkich łącznie z Panem Królem,
Oraz Podkomorzyną. Przepełniony bólem
Król zbyt późno zrozumiał, że nie grzybobranie
Ale reformy mogły przynieść rozwiązanie
Krisis tu obecności. Spojrzał dookoła -
Szumi las – skonstatował. Szumi las i szkoła?
Wieszcza mi się zachciało! Można by w kanonie
Dawno umieścić Fredrę albo białe słonie.
Król więc odwrót zarządził. Wciąż im się zdawało,
Że to Wojski gra jeszcze, a to echo grało.
Horacy, który kręcił się pomiędzy koszami na grzyby, mrucząc powyższe wersy, skończył i wskoczył do jednego z nich, żeby podróż do domu odbyć na nie swoich nogach. Wojski zaszył się w leśnym ostępie, unikając smutnego losu doradcy, który dał złą radę, a Podkomorzyna wykupiła sobie bilet na wieczorny dyliżans, korzystając ze zniżki, którą sama wprowadziła i odjechała w siną dal. Wszyscy inni wracali ze spuszczonymi w smutku głowami, mrucząc pieśń zwycięstwa, która akurat wracała na tarczy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz