wtorek, 16 stycznia 2018

Bajka o darmowym obiadku



 

Domlandia była krainą mlekiem i miodem płynącą. Tak się mówiło. I nikt głębiej nie zastanawiał się nad tym, co znaczą te słowa, kiedy je wypowiadał, bo przecież Domlandią na co dzień płynęła tylko jedna rzeka, i to nie najgłębsza, ot strumyk prawie, ale wszyscy przyjmowali je bez oporu i refleksji.

Łukasz, który słynął od dzieciństwa z dociekliwości, zapytał kiedyś o to dziadka, emerytowanego króla Eryka, który po chwili namysłu odpowiedział mu tak: Mój wnuku kochany. Jak się uzbroisz w cierpliwość – bo ja strasznie marudzę – to ci opowiem. Dobrze Dziadku, zamieniam się w słuch – odpowiedział szybko Łukasz, którego zżerała ciekawość. I Dziadek zaczął opowieść.

Przed chwilą powiedziałeś takie słowa – „zamieniam się w słuch”. Ale przecież dalej jesteś tym samym Łukaszem, a nie jakimś słuchem, czy nawet samymi uszami. To, co powiedziałeś, oznacza jedynie, że pilnie będziesz słuchał tego, co będę mówił.

Tak samo jest z powiedzeniem, że Domlandia jest krainą mlekiem i miodem płynącą. Takie słowa, które trochę inaczej, piękniej czy mądrzej nazywają rzeczy już raz nazwane, nazywamy synonimami. Przecież ani miód, ani mleko strumieniami i rzekami u nas nie płyną. Ale słów o mleku i miodzie używa się wtedy, gdy chce się powiedzieć, że w naszym królestwie jest dostatek wszystkiego, że jesteśmy bogaci i żyje się nam dobrze, że nam niczego nie brakuje.
Niektórzy mówią nawet, że w naszym królestwie „panuje” dostatek, ale to stwierdzenie zarówno twój ojciec jak i ja zawsze ostro zwalczaliśmy, bo po pierwsze zawsze tu panował i panuje król, a po drugie baliśmy się, że ludzie zaczną uważać dostatek, dobrobyt, ba, przepych, za coś najważniejszego w życiu, i że się zmaterializuje, czyli ziści to, przed czym zawsze ostrzegała nasza wiara, czyli przed zabiciem duchowości życia przez otaczająca nas materię dobrobytu.

Strasznie skomplikowanie mówisz, dziadku – rzekł na te słowa Łukasz.

Właściwie to powinno się mówić tak, jak mi dawno temu powiedział ksiądz katecheta: kiedyś Bóg powiedział do Mojżesza, że wprowadzi go do „do ziemi, która opływa w mleko i miód”. Ale przyjęło się inaczej, nie wiadomo dlaczego i tak pozostało. Zresztą i to i tamto oznacza to samo, że jest nam dobrze.

Acha – skonstatował Łukasz. Czyli mamy wszystkiego w bród. Tak, wnuku. Mamy wszystkiego w bród. W bród, czyli ile? No, dużo – z wahaniem odpowiedział Łukasz.
Tak, dużo – odpowiedział dziadek. A wzięło się to stąd, że przez bród na rzece, czyli jej najpłytsze i najszersze miejsce można jednocześnie przepędzić na przykład bardzo dużo baranów. Stąd to powiedzenie. Mamy wszystkiego w bród. Ale dość dygresji.

Łukasz już ostrożniej kontynuował swój wywód. Tak więc doszliśmy razem do wniosku, że Domlandia jest bogatym krajem, co dobrze wpływa na życie jej mieszkańców.
No tak, zgadza się – rzekł Dziadek. Istna ziemia obiecana.

No niech będzie Ziemia obiecana – zgodził się Łukasz. Ale pamiętasz Dziadku, że w drodze do Ziemi Obiecanej wędrujący Żydzi żywili się manną, która spadała z nieba i było to najwspanialsze pożywienie, jakie sobie można wyobrazić.

A dlaczego najwspanialsze – zapytał Dziadek.
Bo było podobno bardzo dobre w smaku, a przede wszystkim było darmowe, takie łatwe. Nie trzeba było nic robić, nic się wysilać, aby się najeść. Wystarczyło jedynie schylić się i podnieść pokarm do ust. Zresztą niektórzy nawet tego nie chcieli robić, tylko stali z otwartymi buziami i czekali, jak im ta manna sama do ust wpadnie – kontynuował Łukasz mocno podekscytowany swoim wywodem, który mógł stanowić motto do teoretycznej podstawy budowy ustroju sprawiedliwości społecznej.

Stąd pewnie powiedzenie, że pieczone gołąbki same nie wpadną do gąbki – zażartował Dziadek. Tam gołąbków nie było – odparł Łukasz nie zrozumiawszy Dziadkowej ironii.
No tak, nie było – zgodził się Dziadek. Ale za to był wielki tłum ludzi, który był głodny i którego trzeba było nakarmić. I ty uważasz, że taki sposób karmienia jest najlepszy?
No tak – odparł Łukasz. A niby dlaczego nie? Jak jest ktoś, kto daje za darmo, to zawsze należy skorzystać. No, może nie zawsze musi to być sam Pan Bóg, ale może być jakiś bogaty człowiek, choćby i król.

I ty masz być następcą swojego mądrego ojca – zafrasował się dziadek. Czy ty wiesz, co mówisz? Widzę, że nie wiesz, więc postaram się parę spraw ci wytłumaczyć.

Zacznijmy od pytania, czy istnieje coś za darmo, czy istnieje taki darmowy – jak mówisz – obiadek, jak ten opisany w Biblii? No jak? – zapytał Łukasza.
Oczywiście, przecież musimy wierzyć w to, co w Biblii jest napisane – prawie wykrzyknął Łukasz.
Jasne – odparł dziadek. Tylko gdzie ty tam widzisz darmowy obiadek? Czy ty myślisz, że Pan Bóg jest taki mało perspektywicznie myślący – by użyć synonimu nie obrażającego Pana Boga – że stworzyłby świat, w którym ludzie nie musieliby zapracować jakoś na ten obiadek?

No pewnie! A raj? – tryumfująco wykrzyknął Łukasz.
Raj, raj – parsknął dziadek. Pierwsza i jedyna próba dawania darmowych obiadków, podjęta przez Pana Boga na dość ograniczonej próbce populacji, skończyła się niepowodzeniem już na samym początku i to z winy człowieka, który chciał być mądry jak sam Bóg i zżarł mu ukradkiem owoc z drzewa wiadomości dobrego i złego. Nic w zamian nie zamierzając dać.

Ale wróćmy do twojej manny. Czy ty myślisz, że Pan Bóg dawał izraelitom tę mannę za darmo, tak na piękne oczy? O nie! On bardzo wiele oczekiwał od nich w zamian. Po pierwsze, że uznają go i zawsze będą uznawać za jedynego Boga, co, jak się potem okazało, wcale nie było ani proste, ani łatwe, ani bezbolesne, ani nawet bezkosztowe. Można by nawet powiedzieć, że tą wymianą odrobiny kaszki manny na przyszłe zobowiązania, Bóg zrobił jeden z najlepszych interesów na Ziemi, bo związał z sobą na zawsze mądry i bogaty – było nie było – naród. I dał mu popalić, jak ten się usiłował z obowiązków wymigać.

A po drugie wszyscy od tej pory mu zazdroszczą i nawet jak robi tak marny interes, jak ten nasz karczmarz, uważają, że ich wyzyskuje i tylko patrzą, jakby mu jego zabrać, które uważają za swoje, tylko im zabrane.

I właśnie ten karczmarz, niejaki Friedman, mieszkający niedaleko targu i na nim zarabiający, tak się przejął tą manną, którą jego przodek konsumował beztrosko, zaciągając jednocześnie bezmyślnie zobowiązania na konto swojego następcy, że tuż pod szyldem swojej austerii, głoszącym wszem i wobec, że tylko u niego są najlepsze obiady w mieście, umieścił wywieszkę, że nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady.

Bo wiedz, mój wnuku, że za wszystko, co dostaniesz niby za darmo, ktoś będzie musiał zapłacić. Albo ty, teraz lub później, pieniędzmi lub w naturze, lub w jeszcze inny sposób, choćby przysługą dla karmiącego, albo twój syn, czy wnuk, czy syn wnuka, albo ktoś całkiem obcy, którego w ten sposób okradniesz.

W przyrodzie nic nie jest za darmo i nikt nikomu nic za darmo nie daje. Nawet tak zwane dobroczynne datki są robione dla uspokojenia sumienia, a nawet częściej dla sprawienia sobie samemu przyjemności dawania.

Popatrz na sąsiedni Disnejland. Jego władca Domnall – niech imię jego będzie wykreślone z ksiąg rachunkowych i pamięci wszystkich księgowych – rozdaje pożyczone od ludzi i zagranicznych lichwiarzy pieniądze swoim obywatelom, aby ci wiedli miłe i beztroskie życie, chwaląc swojego króla i darmowe obiady – tak myślą, otumanieni przez heroldów – które im funduje.

I co? Myślisz, że nie trzeba będzie za nie zapłacić? Już tylko nasza Domlandia pożyczyła mu sto milionów eryków. I kiedyś po nie przyjdziemy. Może z wojskiem. Może do jego dziedziców, którzy jeszcze nie wyleźli z kołysek.
Bo tak naprawdę on okrada swoich poddanych, a właściwie dzieci poddanych, którzy ze te darmowe obiadki kiedyś zapłacą. Zapłacą biedą i zgryzotą. Jak Friedman za swoją darmową mannę. Chociaż on już się jednak odkuł.

Dziadek zakończył swój wielce polityczny wykład i spojrzał na wnuka. Łukasz stał przy oknie i patrzył za mur graniczny, za którym disneje beztrosko konsumowali obiadki za pieniądze pożyczone od Domlandczyków.

No tak – westchnął. Trzeba się przygotować. Na początek wybudujemy manufaktury produkujące kusze i machiny oblężnicze. To będzie innowacja, która całkiem ich zaskoczy. Zresztą, są tak obżarci, że nawet im się wojować nie będzie chciało.

To idę Dziadku. Na obiad. Ale za swoje, zarobione prze Ojca. A tym za płotem spuścimy już niedługo tęgie lanie.

A nasza kraina mlekiem i miodem spływa z jednego prostego powodu: bo sobie na ten miód i to mleko zapracowaliśmy. Ciężką pracą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz