wtorek, 2 stycznia 2018

Bajka o królu Domnallu Piegusie, który miał sto twarzy



Królestwo Domlandii z natury swojej było konserwatywną krainą konserwatywnych ludzi. Zapyta może ktoś: A dlaczegóż to taka była natura Królestwa? I dlaczego ta jego natura kształtowała ludzi na obywateli konserwatywnych?
Nie jest łatwym wytłumaczyć ten fakt w sposób przekonujący dla każdego przeciętnego czytelnika bajek, czyli człowieka albo wcale, albo bardzo wykształconego, człowieka albo wierzącego w siły nadprzyrodzone a nawet zabobonnego, albo przeciwnie, przekonanego modernistę, który bajania zawsze traktuje z przymrużeniem oka.
Więc lepiej powiedzieć – jak to w bajce: bo tak. Choć zapewne wiele czynników składających się na podstawy Królestwa, przyczyniało się do tego faktu. Najważniejszym z nich był jednak akt założycielski Domlandii. „Ty jesteś jak opoka. A na tej opoce zbudujesz w imię Boże królestwo swoje. I będzie to królestwo tego świata, ale z głową w niebiosach”. Tak przed laty powiedział do młodego wtedy jeszcze Króla Eryka, koronujący go biskup, skądinąd kolega z tego samego podwórka, z którym nie raz, nie dwa, kradli proboszczowi jabłka z sadu.
Wiadomo: opoka to niby to samo, co fundament, ale przecież nie to samo. Tak jak wykształcenie nie jest tożsame z mądrością, a dobroć z dobroczynnością, tak opoka to całkiem co innego niż fundament.
Bo opoka to całość podstaw istnienia królestwa, a fundament to jedynie kamienie w ziemi, na których wsparto mury zamku. I nawet jeśli na początku panowania Król Eryk nie był tego tak do końca pewien – bo jak każdy młody człowiek był za postępem, czyli za fundamentem, którego nośność da się wyrachować na lekcjach nauk, zwanych ścisłymi – o tyle z wiekiem jego spojrzenie na sprawy fundamentalne zmieniało się i stawało się coraz bardziej epokowe, pardon, opokowe.
Niezależnie od powyższego król Eryk, kiedy został mianowany Opoką Królestwa, tę swoją funkcję potraktował niezwykle serio. Marketingowo rzecz ujmując na samym początku swojego panowania stworzył Plan Działania, a w nim określił swoją Dziejową Misję, którą konsekwentnie, nie bacząc na przeciwieństwa, realizował. Był tak konsekwentny w realizacji swojej Misji, że aż nudny nawet dla jego konserwatywnych współziomków, którzy czasami nawet spoglądali przez płot do sąsiedniego królestwa, w którym i zabawa i zmienność nieustanna czasami ich kusiła.
Bo to królestwo, zwane Disnejlandem, miało niewiele wspólnego z Domlandią. Nawet biznes plan i misja królestwa, jakie stworzył na początku swego panowania jego władca, także obejmujący władzę w tym samym, co Król Eryk, czasie, niewiele lub nic miała wspólnego z Dziejową Misją i Planem działania, stworzonymi przez Króla Ambrożego.
Władca Disnejladu i twórca misji królestwa, przybrał na tronie imię Domnall, co miało oznaczać „silny tego świata” lub „władca świata”.
Było to o tyle śmieszne, że „ten świat”, którym zarządzał, składał się z podupadającej, ale za to wesołej krainy, zamieszkałej przez zapyziałych, zakompleksionych obywateli, którzy za cel swego istnienia przyjmowali być takimi jak ich dalsi sąsiedzi.
Byli to kiedyś w większości ludzie pracowici, w przeciwieństwie do swojego króla, który tylko patrzył piątku, by polecieć w te pędy na polowanie. A że przykład idzie z góry, po jakimś czasie i oni także patrzyli, kiedy piątek. Ale żyć trzeba było, więc zaczęli się wszyscy na potęgę zadłużać w sąsiednich królestwach, dając w zastaw wszystko czym dysponowali.
Król Eryk i mieszkańcy Domlandii zacierali ręce, pieszcząc w nich pęczniejące sakiewki, i z politowaniem patrzyli przez płot, pardon, mur graniczny, za którym w najlepsze trwały zabawa i igrzyska, oczywiście za pieniądze pożyczone w Domlandii.
W czasie, o którym mówi nasza bajka, podwładni króla Domnalla Pierwszego rozważali dylemat, czy jako zastaw za zaciągane pożyczki postawić cnotę swoich niewiast, ograniczając tym samym przyrost naturalny i przyszły rozwój Disnejlandu, ale za to trwać w nieustannej zabawie, czy może jednak wziąć się do pracy, zacisnąć pasa i zacząć spłacać zaciągnięte długi.
Patrząc przez płot, Domlandczycy widzieli ich zadumanymi, co już samo z siebie było dziwnym, zważywszy na dotychczasową odpustową beztroskę. A było o czym rozmyśliwać. Ludzie ci – nazwijmy ich dla wygody Disnejami,– zabrali się oto do zastanawiania nad swoją przeszłością i nad tym, jaka będzie ich przyszłość, zupełnie zaniedbawszy myślenie o teraźniejszości. Nie zauważali nawet, czy woda w ich kranach jest ciepła i czy nie marznie im zimą dupa.
To ich zachowanie, i te ich rozważania, wywołały absolutny popłoch w służbach specjalnych Króla Domnalla. W trybie natychmiastowym zwołano naradę szefów służb. Pytanie postawione przed nimi brzmiało: Dlaczego nie „tu i teraz” i co zrobić, żeby „tu i teraz”. Dodatkowo kazano wyłapać tych wichrzycieli, którzy szerzyli wśród Disnejów potrzebę myślenia dalej niż do jutra.
Szczególne środki przeznaczono na wytropienie i złapanie niejakiego Plastarka, twórcy teorii, że teraźniejszość nie istnieje, a wszystko co wokół, jest tak naprawdę przeszłością. Dlatego też poznawaniu przeszłości należy poświęcić wszystkie siły i środki, a naukę historii Disnejlandu postawić na czele wszystkich nauk.
Dla władcy, mającego w swoim herbie słowa „Tu i teraz”, twierdzenia Plastarka były niczym zamach na jego najjaśniejszą osobę.
Bo przeszłość była akurat tym, o czym Domnall Pierwszy chciał zapomnieć. A miał co zapominać.
Historia jego panowania była bowiem okresem nieustannego kluczenia, zmieniania twarzy, poglądów, idei, sojuszów, wyznawanych religii, nieustannych skrytobójstw najbliższych współpracowników uznawanych za pretendentów, pełzania przed władcami ościennych królestw i poniżania swoich obywateli, wywyższania marności, poniżania wielkości etc.
Oj, było o czym zapominać. Oj, chciałoby się unicestwić niewygodną historię czy jej fragmenty, albo przynajmniej napisać ją od nowa. Chciałoby się zapomnieć o chwilach, w których Disnejland wart był mszy, kiedy teraz wypadało walczyć z przebrzydłymi klechami, puścić w niepamięć chwile, kiedy było się liberałem, kiedy mieszkańcy Disnejlandu wychodzili na ulicę, protestując przeciwko niesprawiedliwości społecznej. Jak dobrze byłoby wymazać z pamięci obywateli noc długich noży, w której po raz pierwszy zadano cios demokracji, zakreślić na biało kartki z opisem największej katastrofy, w której zginął poprzedni król Disnejlandu i połowa dowódców armii i urzędników królestwa, a satrapa ziem, na których zdarzyła się ta katastrofa do dzisiaj kpi sobie z Domnalla i jego poddanych.

Fakt, część z nich to dawni kompradorzy, którzy w niezbyt dawnych czasach pośredniczyli w stosunkach handlowych i wszystkich innych z ówczesną metropolią, która dawno temu zawłaszczyła tereny dzisiejszego Disnejlandu, a obecnie członkowie zamożnej burżuazji, a druga część to bezmózgowi sybaryci, zachwyceni możliwościami korzystania z „przyjemności tu i teraz” lub inni, wszelkiego rodzaju nienawistnicy.
Nikt już dzisiaj nie wiedział, czy ta nieustanna zmienność władcy była li tylko przykrą skazą jego charakteru, jak pisali apologeci – pięknego, czy też może była to potrzeba stabilności chwili, stabilności opartej właśnie na nieustannej zmienności Króla Domnalla, która to zmienność okazywała się stabilnością. Jak to możliwe? – zapyta ktoś mało rozgarnięty i zorientowany w meandrach Disnejlandzkiej polityki. Ano tak to możliwe, że nieustanna zmienność Króla Domnalla wynikała z potrzeby czasu. No bo jak się okazało, że naród Disnejlandu akurat zapałał wielką wiarą w Pana Boga, to król Domnall stawał się tak bardzo wierzący, ze nawet ślub w kościele, o którym zapomniał przed laty, wziął dla zaspokojenia oczekiwań swych poddanych. A jak już obywatele Disnejlandu akurat polubili tęczowe flagi, czyli tzw. tęczową alternatywę, król zakładał na swą królewską twarz maskę miłośnika odmienności i starał się tak dobrze do niej upodobnić, że co strachliwsi obywatele chodzili plecami zwróconymi w stronę ścian pałacu. A jak niespodzianie Disneje stawali się liberalni w poglądach, król był gotów sprywatyzować nawet swoją małżonkę, którą uważał – jako Pierwszą Damę – za własność ogółu i przeciwnie, jak przeważał w społeczeństwie pogląd o konieczności budowy społeczeństwa, w którym wszyscy mają takie same żołądki, czytał grube dzieła Arksa, a Przytykę Polityczną umieścił w biurze przy bramie głównej do pałacu.
Rozumiecie już szanowni czytelnicy tę wspaniałą ideę? Na przestrzeni wielu lat, wraz ze zmiennością zapatrywań społecznych i gospodarczych społeczeństwa nie trzeba było zmieniać władzy na odpowiednią, bo ta co już wcześniej była, okazywała się jak najbardziej odpowiednia.
A ponieważ Disneje bardziej woleli bawienie się w salonowca niż w politykę, chętnie przystawali na te metamorfozy władzy, a właściwie swego króla Domnalla.
I tak by to trwało i trwało. Ale przestało. Bo coś zgrzytnęło i stanęło. Coraz więcej ludzi uważało, że zamiast człowieka o stu twarzach i zerze poglądów, należy wreszcie wybrać człowiek z jedną twarzą, nawet szpetną, ale posiadającego poglądy stałe, które po prostu można poznać, a nawet skrytykować.
Do tego dołączył się ruch umysłowy, którego przedstawiciel Plastarek lansował tezę, że ważniejszym od „tu i teraz” jest to co było.
Domlandczycy, na czele z królem Ambrożym, popatrywali przez płot na szamocących się samych ze sobą sąsiadów i zastanawiali się, co z tego szamotania wyniknie. Czy przemogą swoją nieprzepartą chęć do łatwego życia na kredyt, czy przeciwnie, nadal będą pożyczali pieniądze i usiłowali zapomnieć skąd przyszli i nie myśleć, dokąd zmierzają.
Nie mieściła się w domlandzkich głowach taka bezmyślność, takie obsikiwanie swojej tradycji, przeszłości swoich przodków, niemyślenie o przyszłości swoich dzieci, taki brak refleksji nad swoim postępowaniem,
Dla konserwatywnych Domlandczyków to zafascynowanie, albo zamroczenie osobowością swojego przywódcy wyglądało na jakąś chorobę. A może to była jedynie nieumiejętność wyboru pomiędzy przywódcą, który nie miał pomysłu i odwagi na rozsądne rządzenia, a który umiał tak pięknie mówić, że swoimi przemówieniami wyczarowywał iluzję pewności i rozwoju, a jego konkurentem, który też jak on nie miał za bardzo pomysłu na rządzenie Disnejlandem, ale który miał przynajmniej stałe i pewne poglądy, nie zmieniane do pogody za oknem, ale za to mówił znacznie mniej barwnie, a poprzez to mniej przekonująco, do wychowanej na długich homeryckich sagach mieszkańców Disnejlandu.
Od pewnego momentu wszyscy prawie zaczęli sobie zadawać pytanie: No więc jak z tą przeszłością? Jak to jest, że kiedy chcemy wymazać przeszłość z naszej pamięci, uczyć dzieci, że przeszłości nie ma, to jakiś Plastarek twierdzi, że jest tylko przeszłość, a dzisiaj, tu i teraz nie istnieje. Co więcej, nawołuje: Wybierzmy przeszłość, to takie ludzkie.
A że wszyscy ciekawi czytali tego Plastarka, to i król Domnall, prychając: „Tak, ludzkie” – przeczytał kawałek. Na wiele nie miał czasu.
A szło tak: „Każdy ma swoją pamięć. Odrębną od wszystkich innych pamięci. Tylko jemu przynależną, w dużej mierze przez niego ukształtowaną, składającą się w większości z do niego należących rzeczy, słów, wzruszeń, obrazów, klęsk, przyjemności, bólu , smaków, świateł, osób. Nawet jeśli tę swoją pamięć dzieli z innymi osobami, to te osoby są tak naprawdę jedynie jego projekcją w pamiętanie, tak jak on sam tworzy część czyjejś pamięci. Bo ta nasza pamięć, a tak naprawdę nasza przeszłość, jest naszym światem, indywidualnym, jednym z miliardów światów, z jakich zbudowana jest nasza wspólna Ziemia. Cały nasz świat , tak samo jak inne światy, jak cała nasza Ziemia , na której żyjemy, jak nasza pamięć, jest tak naprawdę Przeszłością.
Nasz świat materialny, w którym żyjmy tu i teraz, nasza teraźniejszość, która, zanim o niej pomyślimy, nie mówiąc już , że zanim ją zapiszemy, staje się przeszłością, musi więc być Przeszłością, składać się tylko z Przeszłości. Teraźniejszość, to umowne tu i teraz, umowne, bo tak naprawdę nieistniejące, albo istniejące tylko przez mgnienie, nie jest czymś trwałym, czymś, o czym powiedzieć możemy: to nasz świat, to my. Bo wszystko, co jest, jest tylko przez chwilę i zaraz staje się tym, co było.
Może to nie brzmi logicznie, bo materia to materia, i zanim jej nie unicestwimy, w jakiś bardziej czy mniej wymyślny sposób, trwa i wydaje nam się, że w dającej się przewidzieć przyszłości trwała będzie. Ba, przecież trwają piramidy. Więc piramidy to przeszłość, czy teraźniejszość stająca się przeszłością? Czy jedno i drugie, świadczące, że świat to dziś i wczoraj? Jednak, gdy się zastanowić, cała materia, która nas otacza, i którą odczuwamy zmysłami, jest przeszłością jedynie, na dodatek jest tylko naszym jej wyobrażeniem, które było moment wcześniej, zanim dotarło do mózgu i wpisało się w naszą pamięć.
Jakież to głupie, kiedy pomyśli się, że w tej teraźniejszości, której tak naprawdę nie ma, bo pogrąża się w Przeszłości, znakomita większość z nas żyje przyszłością. Tą przyszłością, której nie ma przecież ani przez najkrótszą chwilkę, nawet przez mgnienie myśli, tak jak jest nasza teraźniejszość. Planujemy, marzymy, wierzymy, mamy nadzieję, (ewangeliczna wiara i nadzieja to przecież projekcja naszego ja w przyszłość), czekamy, także na przyjście Chrystusa, czyli jesteśmy przekonani, że coś takiego jak przyszłość jest jak najbardziej realnym bytem. Ale jak się zastanowić, to dochodzimy do wniosku, że przyszłość nie istnieje. Ma być, a jej spełnienie jest co najwyżej mgnieniem teraźniejszości, by stać się wieczną przeszłością.
Żyjemy tym, czego nie ma, ba, tym, czego nigdy nie będzie. Nawet jak spełnią się nasze plany, czyli nasze projekcje przeszłości (naszego życiowego doświadczenia) w przyszłość, w ten czas dzisiaj nieokreślony, to będzie to jedynie przypadek, który nie musiał się spełnić. Bo najczęściej się nie spełnia lub spełnia inaczej niż zaplanowaliśmy i wtedy naszym zadaniem jest wytłumaczyć przed sobą, dlaczego przyszłość, która niby nadeszła i przez moment była teraźniejszością jest zupełnie inną przeszłością niż sobie planowaliśmy. Bo planując przyszłość tak naprawdę planujemy przeszłość. Bo przyszłość – to coś, czego nie ma – zawsze staje się przeszłością.
Więc dlaczego wydaje się nam, że żyjemy przyszłością? Dlaczego poświęcamy jej tyle uwagi, tyle sił, dlaczego tak przeżywamy potencjalne możliwości jej spełnienia, zagrożenia , które na nią czekają, niebezpieczeństwa na każdym zakręcie drogi, w każdej ciemnej , deszczowej nocy? Dlaczego przyszłość jest tak dla nas ważna? Czy może dlatego, że świadomość – zupełnie abstrakcyjna – przyszłości, czyni nas bardziej ludźmi? Czy pies, kot, planują swoje życie? Najpewniej nie. Żyją z dnia na dzień, troszcząc się o to jedynie, by nie podpaść panu, który daje jeść. Czyli martwienie się o przyszłość wyróżnia nas spośród zwierząt? Chyba tak.
A jak jest z przeszłością? Czy przeszłość dla zwierząt istnieje? Wydaje się, że w pewnym stopniu tak. Przecież pamiętają różne fakty, jak choćby te, kto je kiedyś kopnął, kto był miły. Ale zapominają swoich rodziców, nie mówiąc już o swoich zmarłych. Można wiec powiedzieć, że nie mają też przeszłości w pojęciu takim, jakim ma ją człowiek.
Zwierzę nie ma przyszłości, nie ma przeszłości. Jednak żyje. Więc może żyje w teraźniejszości, żyje chwilą, której prawie nie ma, która trwa i przemija, i znika w niebycie.
Jeśli przyszłości, tego abstraktu, który miałby nas odróżniać od zwierząt, tak naprawdę nie ma, jeśli teraźniejszość, z tymi zwierzętami wspólna, jest ulotną chwilą, jeśli przeszłość jest tym, co trwa przez lata, a może wieki, tym, co dla ludzi, bo nie dla zwierząt, jest jedynie trwałą wartością, to być może możemy, a może musimy stwierdzić, że przeszłość jest jedyną rzeczą odróżniająca człowieka od zwierzęcia.
A jeśli tak jest, to jakże dziwna albo śmiertelnie niebezpieczna, wydaje się tendencja do zabierania człowiekowi jego przeszłości. Żyj dniem dzisiejszym, żyj pełnią życia, bo jesteś tego warty, nie patrz w przeszłość, patrz w przyszłość. Wybierzmy przyszłość. Jaką przyszłość mamy wybierać. Żadnej przyszłości nie ma. Jest tylko projekcja naszej przeszłości w iluzję zwaną przyszłością. Musimy więc wybierać przeszłość. To, co mamy najtrwalszego na tym świecie.
Wybierzmy przeszłość. Nie bądźmy po stronie tych, którzy wybierają przyszłość, czyli nic. Bądźmy jak myślący ludzie. Nie zapominajmy o przeszłości naszych przodków i nie zapominajmy o tym, że najtrwalsze co mamy, to jedyne, co buduje nasz świat, nasz materialny świat, jest nasza przeszłość, przeszłość każdego z osobna i przeszłość nas wszystkich, zbiorowa, będąca sumą wszystkich indywidualnych przeszłości.
Nie dajmy się sprowadzić do roli psa. Psem łatwo kierować, potrzebuje jedzenia i pogłaskania, czasem trzeba go wyprowadzić na spacer. I tyle. Człowiek bez przeszłości będzie innego rodzaju psem. Może miłym, czasem groźnym, jak pan pozwoli, ale tylko psem
Nasi fałszywi przewodnicy chcę z nas zrobić psy. Nasi liberalni przewodnicy chcą nas pozbawić pamięci. Na razie chcą nam pozostawić tylko pamięć jednostkową, a chcą nam zabrać pamięć zbiorową, pamięć narodową, pamięć chrześcijańskiej wspólnoty, pamięć naszych małych ojczyzn. Powszechna standaryzacja ma do tego doprowadzić. Powszechnie obowiązująca poprawność polityczna ma być narzędziem to ułatwiającym.
Potem przyjdzie czas na pamięć indywidualną. Ją także można kształtować. Są na to świetne metody, nawet sobie nie zdajemy sprawy, jak łatwo wmówić człowiekowi, że białe jest czarne, dobre jest złe, że pożąda się tego, czego niedawno się nienawidziło. Media mają wyrafinowane techniki. Inżynierowie dusz ludzkich dzisiaj mają się jeszcze lepiej niż kiedyś.
Jak ich usłuchamy, jak damy sobie zabrać pamięć, będziemy tylko sforą posłusznych, ludzkich psów.
Dlatego wybierajmy przeszłość. Na każdym kroku, w każdym momencie naszego życia. Nie wierzmy w bzdury, że tylko przyszłość buduje. Nie wierzmy, że przyszłość jest dla postępowych, a przeszłość dla ciemniaków. Nie żyjmy chwilą, której nie ma gdy się ledwie zaczęła”.
No! No! Ale głupoty!! Mruknął i usnął. I przyśnił mu się piękny sen o pięknej i bogatej przyszłości, jaka go czeka. O przyszłości króla wszystkich królestw tego świata. I śnił ten sen w przekonaniu, że tylko tu i teraz się liczy, a przyszłość jest wspaniała. I że wcale racji nie ma Plastarek z tą swoją przeszłością, która jest wyłącznie i która jest wszystkim. Bo jego, Domnalla, przeszłość już nic a nic nie będzie obchodziła i nigdy go nie dosięgnie.
Zbudzenie ze snu było niesłychanie bolesne. Ale o tym będzie za jakiś czas i w kolejnej bajce.
Ps. (za wikipedią) Domnall Brecc (Donald Piegus), król Dalriady od około 629 do 642, syn Eochaida Buide.
Pierwsze wzmianki dotyczące jego osoby pojawiają się w Kronikach Tigernach i mówią o jego udziale w bitwie pod Cend Delgthen, jako sojusznik Connala Guthbin z klanu Cholmáin, jest to jedyna znana bitwa w której opowiedział się po zwycięskiej stronie.
Domnall poniósł cztery porażki po zerwaniu sojuszu z klanem Cenél Conaill z Uí Néill.
W Irlandii Domnall oraz jego sojusznik Congal Cáech z Dál nAraidi zostali pokonani przez Domnalla mac Áedo z klanu Cenél Conaill ówczesnego Wielkiego Króla Irlandii w bitwie Bitwie pod Mag Rath (obecnie Moira) w 637 Został również pokonany przez Piktów w 635 oraz 638 i na koniec przez Eugeina I z Alt Clut pod Strathcarron w roku 642 gdzie też poległ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz