czwartek, 4 stycznia 2018

Bajka o nauce latania – z udziałem kota Horacego, który mówił o lataniu wierszem.

tym razem bajka dla dzieci, nie dla dorosłych

Krzysztof siedział wysoko nad ziemią, na gałęzi wielkiego drzewa rosnącego w  ogrodzie króla Ambrożego, władającego Domlandią i w zamyśleniu patrzył w dal. O czym myślisz, Krzysiu? – zapytał Łukasz stojący twardo na ziemi, tuż obok grubego pnia. Dobrze byłoby umieć latać – powiedział Krzysztof. Marzę o tym od dawna. No to spróbuj, już – zaśmiał się Łukasz  i pobiegł grać w piłkę. Krzysztof powoli zsunął się po pniu na ziemię i podążył za Łukaszem.
Raz rzucona myśl jest czasami jak ziarno rzucone na żyzną ziemię – kiełkuje, a nawet wydaje plon. Tak było też z nieśmiałym marzeniem Krzysztofa.
Myśl o tym, że może dałoby się latać, zasiała się w obu młodych głowach i już wieczorem zaczęła kiełkować, a kiełkując zaczynała łaskotać w uszy i oczy.
Takie łaskotanie wzmaga ruchliwość łaskotanych, a wiadomo, że do latania ruch jest niezbędny. Pamiętajmy, że nasza historia dzieje się w zamierzchłych czasach, gdy latać umiały tylko ptaki, motyle i muchy. Znany był także chłopcom z lekcji mitologii przypadek niejakiego Ikara, który jako jedyny człowiek poleciał. Nie był to jednak lot godny naśladowania, bo niestety ilość startów była o jeden większa od ilości bezpiecznych lądowań, o czym chłopcy dobrze wiedzieli.
Nie wiedzieli jednak – bo dorośli przezornie im o tym nie powiedzieli, bojąc się nieudanych naśladownictw – że latał także ojciec Ikara, niejaki Dedal, który szczęśliwie wylądował na ziemi, jednak po wylądowaniu już tylko opłakiwał syna, nie rozwijając więcej technik lotniczych.
Tak więc wzorców do naśladowania chłopcy nie mieli zbyt wiele. Kombinowali jednak, jak tylko mogli i na ile starczyło im dziecięcej wyobraźni.
Wymyślili kilkanaście sposobów, mających choćby nikłe prawdopodobieństwo realizacji. Po pierwsze, skok z parasolem w ręce. Po drugie,  podczepienie się pod ogromną bańkę mydlaną albo pod worek pełen mydlanych baniek. Po trzecie, wykonanie z pergaminu ze starych ksiąg wielkiego samolotu i podczepienie się do niego. Po czwarte,  zmuszenia starego stolarza by wystrugał z drewna i uzupełnił ptasimi piórami skrzydła, które można by przyczepić do rąk.   Po piąte,   wykonanie takich skrzydeł, jak ma nietoperz i swobodne szybowanie na nich. Po szóste, wystrzelenie się z wielkiej armaty, stojącej na murach zamku. Po siódme, znalezienie wielkiego orła, oswojenie go i lot na jego grzbiecie. Po ósme, podpatrzenie jak lata święty z ich kościoła, gdy unosi się nad ziemią. Po dziewiąte, wykradzenie tajemnicy latania na miotle wiejskiej czarownicy. Po dziesiąte, zrobienie ogromnego latawca i lot na nim. Po jedenaste, znalezienie konia ze skrzydłami, czyli Pegaza  i ujeżdżenie go. Po dwunaste, latanie samą duszą, czyli opuszczenie ciała przez umysł, duszę i imaginację i lot swobodny. Po trzynaste, latający dywan. Po czternaste, zaprzyjaźnienie się z Aniołem Stróżem, dotychczas traktowanym jak cieć i lot na jego plecach. Po piętnaste, …
Sen przyszedł szybciej niż piętnasty pomysł na latanie. Sen był przyjemny. Chłopcy swobodnie latali nad zamkiem, nad całą Domlandią, nawet nad sąsiednimi królestwami i przez okna podglądali ich koleżanki, kładące się właśnie do łóżek.
Podbudowani snem, rano raźnie przystąpili do prób. Niestety, większość pomysłów trzeba było porzucić już na etapie projektów albo zaraz potem. Jedynie skrzydła podobne do nietoperzowych dawały jakąś szansę na latanie w powietrzu. 
Gdy już, po szybkim biegu,  zaczęli lekko unosić się nad ziemię, stchórzyli jeden po drugim. Postanowili pod skrzydła podczepić kota Horacego, wierząc, że jakoś sobie z lotem poradzi i powróci cały i zdrowy na ziemię. Niestety, nigdzie nie mogli go znaleźć, gdyż ten przezornie – węsząc jakiś podstęp – zaszył się w krzakach. Postanowili więc rzucać monetą. W ich czasach monety były zrobione ze złota, więc dzieci ich najczęściej nie miały. Jednak po wykradzeniu monety z pałacowego skarbca, Łukasz rzucił ją wysoko do góry. Upadła orłem do wierzchu. Wypadło na Krzysztofa. Ten nerwowo przełknął ślinę, skurczył się w sobie i zwiększył nagle swoją wagę, jakby niespodzianie ubrał ciężkie buty, bo idąc na skraj urwiska dziwnie zaciążyły mu nogi.  Pewnie pociągną mnie na dół – pomyślał. Tak było w istocie. Po długim, bardzo długim rozbiegu, gdy dobiegł do końca łąki, a ta nagle znikła mu pod stopami, zamiast polecieć  w siną dal, zaczął pikować w dół. Na dodatek jego lot coraz bardziej przypominał ruch spadającej gwiazdy, którą widział w czasie puszczania sztucznych ogni, a która poruszała się do Ziemi po wielkiej spirali.
Było źle. Łukasz wystawił głowę poza urwisko i patrzył na lot czarnych skrzydeł z przyczepionym do nich Krzysztofem. Wygląda niesamowicie – pomyślał – ale chyba dostanę lanie.
Krzaki najczęściej rosną nie tam, gdzie potrzeba. Jednak ten krzak głogu rósł dokładnie w tym miejscu, w którym powinien, czyli na stromej ścianie wysokiego urwiska, na maleńkiej półeczce. Kolejna pętla spiralnego lotu Krzysztofa całkiem przypadkowo – chociaż co do tego są wątpliwości – poprowadziła lot sztucznego nietoperza dokładnie przez środek tego krzaka. To, że Krzysztof wpadł w jego środek i nabił się na wszystkie kolce, jakie wystawały z gałęzi głogu, było miłą niespodzianką w porównaniu z faktem, że mógł nadal kontynuować swój lot do ziemi.
Po wyplątaniu się z krzaka, usiadł na skalnej półce i pracowicie zaczął wyciągać kolce z rąk i nóg.
Pomóc ci? – usłyszał kpiący głos.  Odwrócił się i ujrzał młodego faceta ze skrzydłami.
Całymi białymi.  Pewnie mój Anioł Stróż – pomyślał Krzysztof. Cholera, gdzie był, jak spadałem? Gdzie byłem – zapytał facet, który czytał w myślach. Cały czas niedaleko. Trzymałem cię na sznurku i kontrolowałem twój głupi lot. Bo ja jestem nie tylko Anioł Stróż, jak myślisz ale także Twoje Przeznaczenie, a jednocześnie w połowie Twoja Wolna Wola.
A dlaczego tylko w połowie? – zapytał Krzysztof, który wyedukowany u ojców Dominikanów umiał zadawać inteligentne pytania. A dlatego, że ludzie mają tylko pół wolnej woli – powiedział facet w bieli. Jakby mieli całą, to by nie było przeznaczenia.
Acha – mruknął Krzysztof. To pomóż mi zleźć na dół, wykorzystując tę cześć mojej wolnej woli, która akurat jest w twojej dyspozycji. Dobra – powiedział facet w bieli – ale obiecaj mi, że od dzisiaj twoje loty ograniczą się do wyobraźni. Zapewniam cię, że tak dalej i wyżej dolecisz.
Na dole czekał Łukasz, który grzebał w rozbitych czarnych skrzydłach, leżących u stóp urwiska,  szukając scyzoryka, który jego zdaniem właśnie on powinien dostać na Mikołaja, a nie Krzysztof. Zdziwił się bardzo, ujrzawszy Krzysztofa pod rękę z Przeznaczeniem.
A Przeznaczenie miało kształt wielkiej księgi i stawało się z każdym krokiem bardziej subtelne i bardziej dojrzałe, tak że obaj chłopcy ujrzeli oczami wyobraźni swój los konstruktorów machin latających.
Horacy zlazł po stromej ścianie na dół i zamelinował się w krzakach na dole. Na samą myśl, że on też mógłby latać, prężył mu się odruchowo ogon. Zbyt jednak lubił Krzysztofa i Łukasza, by nie postarać się nie dopuścić do ponownych – durnych jak ten przed chwilą – wzlotów.
Korzystając ze swoich nadprzyrodzonych, przedwiecznych, kocich możliwości, przesłał chłopcom wprost do ich mózgów takie słowa, które uzupełniły ledwo co odczytane Przeznaczenie:
Nie na skrzydłach stalowych pod niebo się wzniosę            
Niby ptak, ale wzlecę na skrzydłach mej sławy,
Tam, gdzie głos nie dociera gawiedzi plugawy,
I tam, gdzie Nieśmiertelność łamie Śmierci kosę.

Porzucę ziemskie miasta i łabędzia lotem
Polecę, chociaż  jestem  z człowieczego rodu,
I Styks mnie nie pochłonie ni cienie zachodu
Nie najdą na me dzieła zroszone mym potem.

Już skóra na mych rękach zakwita piórami,
Już ciało moje  całe puch biały pokrywa,
Już się ptak śnieżnobiały do góry porywa,
Aby w locie swobodnym mierzyć się z chmurami.

I jak Ikar nie lękam się Słońca nad głową,
Choć lot mój jest mądrzejszy o jego przypadek,
Z góry Libie oglądam, wód wielkich upadek
Na brzeg Bosforu ciasny, jutrzenkę różową.

Patrzą na mnie Kolchida  i jej Runo Złote,                   
Dacji naród waleczny i Italii  miasta,
Hunowie, których groza z dniem każdym narasta,
Hiszpanie i Galowie, zdziwieni mym lotem.

Niechaj więc na pogrzebie  moim nikt nie płacze,
Bo to nie pogrzeb wcale, ale wzlot na nieba,
I pustych mi przemówień pogrzebnych nie trzeba,
Lepiej gdy uśmiech jasny na twarzach zobaczę.
(Moja parafraza Ody 20 z księgi II Horacego – Non usitata nec tenui ferar)

To nic, że akurat nie do końca było „na temat”. Ważne, że było o lataniu i o sławie, która praca nad latającymi machinami może przynieść. Obaj kiwnęli więc do siebie głowami, jakby chcieli potwierdzić zarówno prawdziwość tych słów jak i przyjęcie ich do – nie do końca jeszcze rozwiniętych – swoich rozumków i poszli odrabiać lekcje.
Bo najwyższe loty mają nie latające machiny ale ci, którzy umieją je konstruować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz