poniedziałek, 1 stycznia 2018

Bajka o wolnych wyborach



W królestwie Domlandii ludzie byli szczęśliwi z wielu powodów. Tych powodów było tak wiele, że nie sposób tu wszystkich wymienić. Na dodatek nie sposób ich wymienić także z tego powodu, że o niektórych z nich Domlandczycy nie wiedzieli, że w ogóle istnieją, a ich brak przecież był także przyczyną ich szczęśliwego bytowania, o czym zresztą także nie wiedzieli.
Jednym z takich powodów czyniących Domlandczyków szczęśliwymi, a o którym żaden z nich nie miał zielonego pojęcia, był brak wolnych wyborów. Nie oznaczało to braku wolnych wyborów tak ogólnie, bo przecież co dzień wybierali pomiędzy dobrem i złem, pomiędzy jedzeniem ziemniaków a makaronu, pomiędzy sporem z sąsiadem a pojednaniem. Chodziło tu o brak wolnych wyborów swoich przedstawicieli do Rady Królestwa i wszystkich innych rad.
Gdyby ktoś zapytał o to jakiegoś statystycznego Domlandczyka, ten ze zdziwienia zakrztusił by się śliną: jakie wolne wybory? Przecież od lat wiadomo, że to Najjaśniejszy Pan mianuje członków Rady Królestwa i wszelakich innych rad. I tak jest bardzo dobrze, bo Jaśnie Pan wybiera do rad samych najmądrzejszych i najświatlejszych mieszkańców Domlandii, a wiadomo, że jakby tam zasiadały jakieś głąby, to nawet Najjaśniejszy Pan, którzy jednocześnie jest Najmądrzejszym Najjaśniejszym Panem, mógłby palnąć jakieś głupstwo w swoich decyzjach, słuchając podszeptów takich durni.
Więc wiadomo było, że w Radzie zawsze zasiadają najmądrzejsi panowie, mianowani przez Króla i tak było, jest i będzie na wieki wieków.
No i tu, w tym miejscu zasiadania, zaczął się problem, który mógł wstrząsnąć podstawami Domlandii, a który stał się tematem naszej bajki. Bo tak się składało, że ilość członków Rady Królestwa była ograniczona ilością miejsc w Sali Rady, a ta była dość niepokaźnych rozmiarów. Starczyło krzeseł dla stu dostojników. Liczba sto nie wzbudzała kontrowersji przez wiele, wiele lat czy nawet wieków. Może dlatego, że ze stu żołnierzy składała się centuria, a stu żołnierzy odbierało natychmiast ochotę do kwestionowania liczby sto, gdziekolwiek by ona nie występowała. Choćby i w Sali obrad Rady królestwa.
Jednak czas płynął, barbarzyńcy stali na granicach, a centurie zamieniły się w sotnie, które przy swoim dobrowolnym rozmemłaniu już prawie nikogo nie przyprawiały o drżenie łydek. I się zaczęło.
Liczbę sto najbardziej i najpierwszy zakwestionował dostojnik sto pierwszy, który z tego powodu, że był sto pierwszy, dostojnikiem nie został. Bo mu brakło stołka, przepraszam, krzesła w Radzie. Drugi w kwestionowaniu był dostojnik sto drugi, trzeci – sto trzeci, czwarty – sto czwarty i tak aż chyba do pięćsetnego. Bo aż tylu uważało się za godnych godności w tej maleńkiej Domlandii.
A myśl niepokorna raz zasadzona w głowie, będzie rosła i rosła, i potężniała do wielkości sporego drzewa i w pewnym momencie nie da się jej wyplewić inaczej niż przez ucięcie głowy. Ale póki co nie było kata.
I te drzewa niepokornych myśli rosły w głowach tych, którzy chcieli być dostojnikami, i szumiały coraz głośniej. Tak głośno, że słyszeli je zwyczajni Domlandczycy, którym ani w głowie były niepokorne myśli, podważające ustrój Domlandii. Ale skoro je usłyszeli, to zaczęli też nad nimi się zastanawiać. Tym bardziej, że razem z nimi płynęły do nich takich hasła, jak te: to ty będziesz wybierał, ty będziesz miał wpływ na politykę Domlandii, twój głos się liczy, twój reprezentant będzie mówił o twoich sprawach Jaśnie Panującemu Królowi i podobne bzdety.
Domlandczycy słuchali tych podpuszczeń, a ponieważ jeszcze nigdy nie wybierali nikogo do Rady Królestwa, zaczynali się łudzić, że rzeczywiście. Że każdy z nich będzie teraz ważniejszy, bo będzie wyborcą, że ci wybierani możni panowie będą go teraz bardziej poważać, zabiegając o jego głos, że nawet Jaśnie Pan inaczej na nich zacznie patrzeć. I coraz bardziej pragnęli wolnych wyborów, którymi mieli wspomóc jaśnie Panującego.
Król obserwował to wszystko, co się działo z obywatelami, podburzanymi przez tych, którzy pragnęli władzy, należącej do tej pory w całości do Jaśnie Pana i ale nie okazywał niepokoju.
Utwierdzały go w tym przekonaniu słowa jego ojca, emerytowanego króla Eryka, spokojnie patrzącego na rosnące poruszenie pośród pospólstwa. Król Eryk wiedział bowiem, że chłop pańszczyźniany zawsze w końcu zagłosuje na swojego pana. A jak już zagłosuje, to potem jeszcze bardziej na tego pana będzie narzekał i chciał jego smutnego końca. A większość Domlandczyków to byli potomkowie chłopów pańszczyźnianych. I nawet jak pańszczyznę w Domlandii zniesiono prawie dwieście lat wcześniej, to charakter obywateli niewiele się zmienił przez te dwa wieki.
Dlatego po naradzie w najwęższym gronie decyzyjnym ojca z synem, Król Ambroży wspierany radami przez Króla Eryka, postanowił wolne wybory zarządzić. Jednego słonecznego dnia heroldowie ogłosili na rogach ulic i jarmarkach królewski edykt, który można by streścić w czterech zdaniach:
My, Król Domlandii, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom naszych poddanych, którzy uważają, że bez wolnych wyborów nie osiągną stanu szczęścia, samospełnienia i wszechstronnego zadowolenia z życia w Domlandii, zezwalamy, aby tytułem próby skład Rady Królestwa wybrali sami obywatele. Dlatego zarządzamy te wolne wybory i na czas do ich rozstrzygnięcia udajemy się na zasłużony urlop. Pierwsze posiedzenie Rady Królestwa odbędzie się po wyłonieniu jej pełnego składu w wolnych wyborach. Zarządzamy je na trzecią niedzielę po Wielkiej Nocy.
Się zaczęło. Tydzień przed wyborami, przeznaczony na promocję, kandydaci wykorzystywali tak intensywnie, że dnia od nocy nie szło rozdzielić, a głosy heroldów, tak były tragicznie dramatyczne, jakby wzywali pomocy, a oni jedynie głosili cnoty i zalety kandydatów do Rady Królestwa. Wszystkie płoty i mury stolicy Domlandii oblepione były pergaminami z obietnicami kandydatów, których i tak prawie nikt nie czytał, bo Domlandczycy ogólnie byli mało piśmienni, a bardziej obrazkowo-rozumni. Dlatego kto mógł wymyślał komiksy polityczne albo kreślił cudowne pejzaże obietnic powyborczych.
A te rysowane były niesłychanie niekonkretne. Bo wschodzące słońce i dwa jelenie na haftowanej makatce, zawieszonej na płocie, mogły oznaczać zachętę a nawet obietnicę swobodnego kłusowania, ale także obietnicę obrony środowiska, zagrożonego przez zbieraczy chrustu, ale także obietnicę rodzinnej idylli pod ręcznie haftowaną makatką, której to idylli gwarantem miałby być wybrany kandydat. Co można było wyczytać z takich programów? Nic. Pozostało głosować na znanego. A kogo chłop pańszczyźniany zna najlepiej? Pana i księdza. Ksiądz nie kandydował, więc pozostał pan.
I tu wracamy do stwierdzenia Króla Eryka, że chłop pańszczyźniany zawsze wybierze pana. To co, że wciąż na niego narzeka, psioczy, że zabiera mu w dziesięcinie połowę majątku, że prowadzi wystawny tryb życia kosztem chłopa, że czasami nawet korzysta z prawa pierwszej nocy. Ale go zna!! To jest swój wróg, swój pan. Pozwala jednakowoż jako tako żyć, czasem przymyka oko na drobne kradzieże z lasu lub pola, wódkę taniej sprzedaje, żeby po ciężkim tygodniu chłop mógł się zabawić, a na święta zawsze pamięta i da dzieciom mikołaja albo jako od kury.
Więc jak takiego nie wybrać? Kiedy na dodatek i tak to mu się to kiedyś w karczmie przy darmowej wódce obiecało.
I jakby było już po wyborach.
W niedzielę wszyscy udali się do kościołów i po mszy karnie stanęli w kolejce do urn. Każdy Domlandczyk – wyborca w jednej spoconej dłoni ściskał kamyk biały, a w drugiej kamyk czarny, bo przecież ani czytać, ani pisać nie umiał. I cała trudność wyboru polegała na tym, że w każdym okręgu było dwóch kandydatów: swój (pan) i obcy (też pan). Biały był na swojego, a czarny na obcego.
Wybrali swojego. Nie trzeba dodawać, że w sąsiedniej parafii było podobnie, to znaczy całkiem inaczej, bo odwrotnie. Ten, który tu był swój, tam był obcy, a ten obcy tutaj, tam był swój.
I tak wybrano samych swoich. Nie trzeba dodawać, że jak był czasami drugi obcy w danym okręgu, to najpierw rzucano w niego czarnym kamieniem, a jak to nie pomogło i dalej upierał się kandydować, to obrzucono go zgniłymi jajami i innymi pomówieniami, tak że szybko rejterował.
Zapytacie więc może, po co cały ten cyrk z tygodniem promocji kandydatów? Ano po to, by ciemny naród myślał, że naprawdę ma wybór.
A czy sala posiedzeń Rady choć trochę się zwiększyła? Oczywiście, że nie. Jednak obok dobudowano drugą salę, gdzie mieli zasiadać ci z numerami wyższymi niż sto, też wybrani przez wyborców, bo i okręgów wyborczych uczyniono tyle, ile było kościołów, czyli namnożono ponad potrzebę. I tę salę nazwano salą starszych albo czasami salą zadumy, jako że starsi, czyli z łaciny senatus, często w swej aktywności wpadający w głęboką zadumę, prowadzącą aż do zaśnięcia, przedkładali ją nad inne formy aktywności politycznej.
I takim to sposobem mądry król Ambroży zaspokoił jednocześnie dwa nurty w społeczeństwie Domlandii, dzisiaj jeszcze nie groźne, ale kiedyś, kto wie: chęć prestiżu posiadania jakiejkolwiek władzy u tych, z którymi liczyć mu się wypadało i potrzebę dowartościowania tych, z którymi na razie liczyć się nie musiał, a którzy nie prowadzeni za rękę, mogli okazać się w przyszłości przykrą niespodzianką Domlandii lub takąż niespodziankę mogli sprawić.
Kiedy zaczynałem pisać tę bajkę, obawiałem się, że zakończy się ona totalną katastrofą społeczną. Czyli że nowo wybrani członkowie Rady Królestwa i Senatu okażą się takimi głupolami, burakami lub przekrętami, że ich wyborcy, nie bacząc nawet na to, że sami ich wybrali, ostro zaprotestują przeciwko nim, a protest będzie tak ostry, że wstrząśnie podstawami Królestwa. Ale nic się tak strasznego nie stało. Wybrańcy ludu oczywiście okazali się w swej większości prostakami, służalczymi burakami a często i przekrętami, odstającymi w dół od poziomu królewskich nominatów, ale jakoś dziwnie to ludowi nie przeszkadzało. Może dlatego, że każdy z wyborców pomyślał o nich: są tacy jak ja. A może dlatego, że zaraz po wrzuceniu kartki – przepraszam, kulki do urny, każdy z wyborców zapomniał o ledwo co zakończonych wyborach i swoich wybrańcach i zajął się swymi sprawami. Bo co tam Rada Królestwa, co tam Senat. I tak o wszystkim decyduje Najjaśniejszy Pan.
A on pewnie sobie z tą menażerią poradzi.
Przewidywałem, że szczęście Domlandczyków zależy w jakiejś mierze od tego, że nie mają wolnych wyborów i jak je dostaną, to ich odczuwanie szczęścia zmaleje. A tu nic. Jak byli szczęśliwi bez wolnych wyborów, tak są szczęśliwi po wybraniu członków Rady, w tym kilku głupców i przekrętów, a w większości ludzi bez charakteru, służalczych i bojaźliwych.
I jak tu być prorokiem we własnym kraju?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz