środa, 3 stycznia 2018

Bajka o sztuce, polityce i rewolucji (kulturalnej).



24.08.2014 - wskazałem kierunek

Jak można się dowiedzieć z mądrych ksiąg, a także kopiąc dołki w ziemi w niektórych jej miejscach, artyści towarzyszyli każdej cywilizacji od zarania naszych dziejów. Narody i ich władcy widzieli w artystach ludzi, których dotknął palec boży, czyniąc ich, by czynili piękno. Takim sposobem stworzeni zostali pisarze, poeci, rzeźbiarze, malarze, aktorzy a nawet cyrkowcy.

Król Domnall, nie chcąc by władcy sąsiednich królestw uznawali go za kulturalnego głąba, popierał u siebie rozwój sztuk wszelakich, choć naprawdę tylko tych, które podobały się jego poddanym. Trzeba tu od razu przytomnie zauważyć, że władcy sąsiednich królestw popierali sztukę dokładnie z tego samego powodu, natomiast tak zwana potrzeba wewnętrza, czyli imperatyw wewnętrzny, odgrywał w procesie mecenatu rolę – delikatnie mówiąc – drugorzędną.

Może z królem Domlalem nie było tak do końca źle, bo jako pisarz swoich przemówień miał pojęcie o pisaniu i jakiś talent literacki wykazywał. Pewnie dlatego łatwiej mu było zrozumieć i docenić bajkopisarzy, bo z poetami, szczególnie tymi współczesnymi, już tak nie było. Większość z nich uważał za beztalencia, którym się wydaje, że wystarczy poskładać do kupy parę wyrazów i już jest wiersz. A z nim pretensje do bycia poetą.
Dodatkowo trudną sytuację sztuki, na tamte czasy nowoczesnej, pogłębiało przekonanie króla o konieczności zaspokojenia podstawowych potrzeb duchowych jego poddanych, którym, z braku nadmiaru chleba, dawał poddanym chociaż igrzyska.
Uznanie u ludzi prostych budziły kierunki w sztuce zrozumiałe dla wszystkich, nazywane przez to realnymi, w przeciwieństwie do wydumanych, którymi zachwycali się urzędnicy kulturalni króla. Król dla świętego spokoju wolał się wykazać gustem takim, jak mieli jego poddani, czym zyskiwał u nich szacunek i uznanie. Nie wywyższa się – mówili.
Z czasem dla tej sztuki, która miała zabłądzić pod strzechy królestwa, dodano określenie socjalna i w pewnym momencie królestwo zdominował jedynie uznany kierunek nazywany realizmem socjalnym.
I to było piękne.

Prawie wszyscy obywatele poczuli się znawcami sztuk i wysoko nosili głowy, zarówno babiny w chustkach, jak i chłopy w baranicach już nieco przypoconych. Nie mieli kompleksów i wątpliwości co do swojej kulturalnej głąbowatości, które czasami ich nachodziły, jak czytali jakiegoś Pipera, albo patrzyli na bohomazy Pikasa, albo słuchali opętańczych wyć w wykonaniu Panufika.
Zapanowała w królestwie sztuka, która była po prostu piękna, pięknem tak prostym, jak prości byli obywatele, którzy piękna potrzebowali. Jakże miło było im posłuchać wiersza uznanego poety Dupowchoda, który pisał pięknie o królu naszym takie słowa: Najjaśniejszy Panie kiedy, dzionek wstanie, twoja mądrość świeci i cieszą się dzieci.
Ściany domów przy głównej alei królestwa pokryły zrozumiałe dla wszystkich freski, sławiące głównie tryumfy króla, ale także pokazujące co znamienitszych obywateli w pozach chwalebnych, na placach stanęły realistyczne rzeźby i pomniki, sławiące trud pracy ludu prostego i chwałę zwycięstw jaśnie panującego, pomalowane w jaskrawe jarmarczne kolory. W kościołach i na odpustach śpiewano proste, ale jakże piękne pieśni o miłości i męstwie, a prym w tym wiodła wielka ludowa pieśniarka Wdoda, którą Król kiedyś nawet publicznie objął ramieniem.

Jednak mimo rozkwitu sztuki pięknej i miłościwego mecenatu dla niej ze strony Króla, dało się zaobserwować przenoszenie akcentu zainteresowania Disnejów ku sztukom wyzwalającym większe emocje, niż kontemplowanie rzeźby Króla na koniu lub jego portretu w największej gali. Powoli bo powoli, ale jednak, coraz większą popularność zyskiwała w Disnejlandzie sztuka czynu, sztuka walki. Jednak również niespodzianie ze szlachetnego i obwarowanego regułami pojedynku szlachetnych ludzi przemieniła się ona w zwykłe okładanie się po mordach, zwane potocznie mordobiciem, które propaganda królestwa ochrzciła przysposobieniem do życia w nowoczesnym świecie. Głównym instruktorem w tej dziedzinie został mianowany niejaki Łowski Wiesio

W półkolistym zagłębieniu gruntu, nad rzeką, na skraju Disnejlandu, zwanym amfistadium, w każdy sobotni wieczór odbywały się wielkie widowiska, gdzie poprzebierani za różne ucieszne bądź pożądliwe stwory artyści tańczyli, grali i śpiewali, a przede wszystkim okładali się czym popadnie. Niejaki Juwenalis, marny poeta, a niezły rozrabiaka, podrzucił tłumowi chwytliwe hasło – „Chleba i igrzysk”, które tak się ludziom spodobało, że król Domnall musiał organizować widowiska także w niedzielę, a potem w poniedziałek i wreszcie w piątek. Na pracę pozostawało coraz mniej czasu, bo ludzie chodzili niewyspani.
Był to wspaniały czas dla działania artystów. Zorganizowani w związki literatów, malarzy, rzeźbiarzy i bractwa rycerskie sztuk walki, słali dziękczynne listy do króla Domnalla, w załączeniu przesyłając także, co kto miał: a to dytyramb sławiący króla, a to wielki portret pokazujący jego wspaniałość, a to dramat o wiekopomnych dokonaniach władcy, a to nowe chwyty walki, całkowicie zaskakujące przeciwników. Aktorzy łazili na kolanach, fikali koziołki, beczeli i rżeli, opowiadali dowcipy, śpiewali, a mordobijcy okładali się po mordach, tak że krew pryskała w widownię A wszystko to dla większej chwały panującego i dla zabawy jego poddanych.

Wszyscy poddani wspaniale się bawili. Jednak problemem zaczynało być to, że brakowało chętnych do pieczenia chleba, którego także zaczynało w królestwie brakować.
I nic nie dało wymyślanie nowych rozrywek, budowa nowych amfistadiów, a nawet wzrost brutalności w okładaniu się po gębach. Widownia nadal biła brawo, ale ssanie w żołądkach coraz bardziej dokuczało.

Kibole, zwani także miłośnikami białoczerwonych szalików, pojawili się na arenie kultury królestwa Disnejlandu całkiem niespodzianie. Do tej pory karnie siedzieli na trybunach, co najwyżej od czasu do czasu machając szalikami i śpiewając hymn Disnejlandu: disnej, białoczerwony, disnej, białoczerwony.
Król miał pecha, bo akurat trafił w jednej ze swych wędrówek po kraju na wyjątkowo wrednych kiboli. Mimo że głodni, wołali nie tylko o chleb, ale też o wolność słowa.
Bo jakoś tak dziwnie bywa, że potrzeba wolności słowa pojawia się w ludziach wraz ze ssaniem w żołądku.

I to było groźne. Ku pomocy królowi ruszyli wszyscy artyści królestwa, jeszcze jako tako dokarmiani, usiłując ludzi przekonać, że jest wspaniale, że jest pięknie, że tylko się bawić, a o reszcie pomyśli król i jego urzędnicy. Ale nic nie dały piękne słowa, piękne rzeźby na placach i obrazy w kościołach. Ludzie byli głodni i coraz głośniej krzyczeli, by dać im chleba i by mogli głośno mówić o tym, że chcą chleba. I by nie musieli tego mówić wierszem.
Było coraz gorzej. Nawet niektórzy artyści zamilkli, bo zaczynali odczuwać głód. I też nagle pojawiło się w ich głowach pytanie, czy naprawdę muszą wychwalać króla, skoro myślą zupełnie inaczej. I czy zawód artysty ma coś wspólnego z zawodem kurwy, czy jednak nie ma?
A tu wciąż nowi kibole wychodzili na ulice żądając wolności słowa i demokratycznych wyborów do rady królestwa. Bluźniąc głośno na Jaśnie Panującego. Widać było, że rozpoczął się upadek kultury w Królestwie. A upadek jednej kultury oznacza narodziny nowej. Czyli rewolucję kulturalną. A nie daj Boże, jak ta nowa kultura będzie jeszcze miała na sztandarach hasła o sprawiedliwości, a może i prawie!

Na ulicach zapanowało chamstwo. Chamy, którzy nie byli z towarzystwa dam dworu i innych jaśnie oświeconych, zakwestionowali cały realny dorobek realizmu socjalnego, którym dotychczas były karmione ich dusze. To całe ludzkie bydło, ta wataha kibolskiego tłumu żądać zaczęła prawdy. I to żądanie popierali sztukami, które propagował wśród nich król Domnall. Oczywiście sztukami walki

Ciężkie czasy przyszły nad Disnejland.
Szczególnie dotkliwie  po mordzie dostał instruktor mordobicia Wiesio Łowski. Na opuchnięte od kopniaków policzki miejscowy znachor przepisał mu okłady z muszych łajen.
Z innymi twórcami sztuk było łatwiej. Dostali po dupie i niektórzy obiecali wierną służbę nowej władzy, jaka by ona nie była, byle by płaciła. Bo odpowiedź na zadane powyżej pytanie była twierdząca. No i co z tego? Dziwki też muszą żyć.
Sztuki wszystkie, z wyjątkiem sztuk waliki, chwilowo odeszły do kąta, wraz z artystami nie wyrażającymi skruchy. Chleba już nie brakowało, bo rozdawano go pełnymi koszami, a igrzyska przeniosły się na ulice.

Zza płota na te wszystkie wydarzenia popatrywał władca sąsiedniej Domlandii, król Ambroży, który akurat nie popierał żadnych sztuk szczególnie, dlatego wszystkie one mogły do woli i bez przeszkód rozwijać się w jego królestwie, wraz ze sztuką pieczenia dobrego chleba, ziemiopłodu i wyrabiania doskonałych kos.
Te swoje obserwacje przelał na papier listowy i wraz z radami wyjścia z kryzysu przesłał przez swego ambasadora Listonosza królowi Domnallowi. Ale o tych radach będzie innym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz